Advertisement
Strona główna arrow Recenzje i wywiady arrow Wywiady i relacje arrow Wywiad z Pierre'em Lemaitre'em
Wywiad z Pierre'em Lemaitre'em
wtorek, 05 lipca 2016

"To nie postaci tworzą historię, a historia tworzy postaci"

Pierre Lemaitre ma nonszalanckie podejście do literatury: lubi używać jej do naginania rzeczywistości, nie przywiązuje dużej wagi do dokumentacji, a postacie wymyśla ad hoc na potrzeby właśnie wymyślonej intrygi. Do tego deklaruje, że na spotkaniach literackich i w wywiadach kłamie jak z nut.

Lemaitre

Zofia Jurczak: Pewnie powinnam zacząć od pytania, czy dziś będzie Pan kłamać?

Pierre Lemaitre: [śmiech] Powiedzmy, że co druga wypowiedź będzie mijała się z prawdą.

Z.J.: Myślę, że zgodzi się Pan ze mną, że Pana kariera pisarska jest dość nietypowa. Debiutuje Pan w wieku, w którym, no cóż… rzadko się spotyka się debiutantów. Zatem dlaczego jednak pisanie?

P.L.: To jest interesujące pytanie. No bo tak. Gdybym po pięćdziesiątce zaczął pracować jako, dajmy na to, dyrektor hotelu albo mechanik czy hydraulik, to nikogo by to nie zainteresowało. Ot, zmienił zawód i koniec dyskusji. W przypadku pisarza nikt tak nie powie. Myślę, że wynika to z tej prostej przyczyny, że mechaniki samochodowej czy sztuki przetykania rur można nauczyć się w każdym wieku, a pisarzem albo się jest, albo nie. Kropka. Toteż nie mogę powiedzieć, że zostałem pisarzem w wieku 55 lat. Ja nim się stałem dużo, dużo wcześniej.

Z.J.: Zatem stał się Pan pisarzem za sprawą – umówmy się – niezbyt nobliwego gatunku. Dlaczego kryminał?

P.L.: Wydawało mi się, że tak będzie najprościej. Przez całe życie przeczytałam masę kryminałów, więc pomyślałem, że tworzenie tego typu literatury nie może być jakoś szczególnie skomplikowane i musi się udać. I trwałem w tym przekonaniu, dopóki nie zacząłem pisać. Rzeczywistość okazała się dużo bardziej skomplikowana, niż początkowo zakładałem, ale uparłem się i kontynuowałem.

Z.J.: Ale „Koronkowa robota” nie była pierwszą napisaną przez Pana powieścią?

P.L.: Nie rzeczywiście, wcześniej zdążyłam napisać dwie inne książki. Pierwszą, gdy miałem mniej więcej 25 lat, a drugą bodaj w okolicach 35 lat. Zostały odrzucone przez wszystkich wydawców, do których je wysłałem – i dobrze, bo obie były bardzo słabe.  

Z.J.: „Koronkowa robota” też zdaje się nie od razu trafiła do druku?

P.L.: Zgadza się. Powieść odrzuciło dwudziestu dwóch wydawców. Tu ukłony należą się mojej żonie, która przekonała mnie, że nie warto się tym przejmować, bo to błąd. Wydawców, nie mój. Uwierzyłem jej i dwa tygodnie później zadzwonił jeden z tych dwudziestu dwóch, którzy mnie odrzucili, z wiadomością, że jednak wezmą tę powieść. Na to zatriumfowała żona: „Widzisz! Mówiłam ci, że to była tylko pomyłka!”.

Z.J.: A potem dostaje Pan najważniejszą francuską nagrodę literacką. Co prawda nie za kryminał, ale zdaje się, że podobny zaszczyt rzadko spotyka pisarzy, którzy parają się literaturą sensacyjną. Czy Nagroda Goncourtów coś zmieniła w Pana życiu i podejściu do literatury?

P.L.: Zmieniła to, co mam, ale w ogóle nie zmieniła tego, jaki jestem. Zyskałem renomę, czytelników w wielu krajach, zarobiłem pieniądze. To są sprawy, które zmieniają życie pisarza. Ale ja żyję tak, jak zwykłem to robić przed Nagrodą Goncourtów. Nadal piszę książki, tak jak pisałem. W zasadzie jedyną istotną zmianą jest to, że mam czas. Już nie muszę publikować książki rocznie. To daje mi duży komfort. Wiem, że mojej kolejnej powieści nie opublikuję przed 2018 rokiem. Ale to nie jest problem. Mam czas.

Z.J.: Jestem ciekawa, czy wykorzystuje Pan wiedzę psychologiczną do tworzenia postaci. Jak konstruuje Pan postaci?

P.L.: Zaskoczę Panią: w ogóle jej nie wykorzystuję. W sumie to nie wiem, jak konstruuję postaci. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Na pewno nie myślę psychologicznymi pojęciami czy konceptami. Nie są mi one potrzebne do zdefiniowania bohaterów. U mnie to działa tak: to nie postaci tworzą historię, a historia tworzy postaci. Owszem, zdarza się od czasu do czasu, że ewolucja postaci jakoś tam wpływa na historię, ale u mnie bohaterowie są dookreślani przez funkcje, które pełnią w opowieści. Na przykład w „Alex” potrzebowałem postaci, która upadnie bardzo nisko po to, aby móc się później zrewanżować, zemścić. To jest sedno tej opowieści. I wszystkie cechy charakteru zostały dopasowane do tej wizji bohatera. Pasowała mi tam właśnie taka mała, gruba Alex. Nie ma to nic wspólnego z psychologią.  

Z.J.: Skoro jesteśmy przy postaciach, nie mogę nie zapytać o małego komisarza Camille’a  Verhœvena. Skąd wziął się pomysł, aby głównym bohaterem powieści uczynić osobnika, który ma niespełna metr pięćdziesiąt wzrostu?

P.L.: Nim zacząłem pisać, czytałem bardzo dużo kryminałów. I gdy przyszło co do czego, zacząłem myśleć bardzo intensywnie nad tym, jak stworzyć bohatera, którego literatura jeszcze nie znała. Takiego, który stanie się mym znakiem rozpoznawczym i odróżni mnie od setek innych autorów. Raptem uświadomiłem sobie, że literatura kryminalna nie zna jeszcze żadnego małego detektywa. Małego w znaczeniu: niskiego. Wzrost Verhœvena otworzył przede mną zupełnie nową perspektywę. Bo ktoś, kto ma metr pięćdziesiąt wzrostu, patrzy na świat z innej perspektywy. W terminologii filmowej powiedziano by, że to perspektywa żabia. Wydało mi się to bardzo interesujące, że mój śledczy będzie patrzył na świat pod innym kątem niż pozostali. On widzi to, czego nie dostrzegają inni, i vice versa.

Z.J.: Podobno z dużą nonszalancją podchodzi Pan do dokumentacji w swoich powieściach?

P.L.: To prawda. Szkoda mi czasu na sprawdzanie, jaki konkretni kaliber pistoletu zrobi taki a taki otwór w ciele ofiary. Dla czytelnika również nie ma to większego znaczenia, takie drobiazgi nic nie wnoszą do intrygi, więc po co marnotrawić na nie czas? Nie trzymam się kurczowo rzeczywistości z jeszcze jednego, bardzo konkretnego powodu. Bycie wiernym realiom szkodzi dramaturgii opowieści. Dobrym przykładem będzie jedna ze scen w „Zakładniku”. Myślę o tej rozgrywającej się w sądzie. Odwróciłem kolejność mów obrony i oskarżenia, aby scena była bardziej emocjonująca. Tak w rzeczywistości postępowanie sądowe nie wygląda, co zresztą nieraz mi wytknięto, ale gdybym kurczowo trzymał się realiów, nie uzyskałbym aż takiego efektu dramatycznego. Zatem sama Pani widzi, że ślepe podążanie za realiami nie jest najskuteczniejszą strategią pisarską.  

Z.J.: Czytając Pana powieści, można by pomyśleć, że nie lubi Pan kobiet. Tyle okropności je w nich spotyka.

P.L.: Jest wręcz odwrotnie! Kocham kobiety! A te w mych powieściach są zwyciężczyniami. Los, który gotuję im w książkach, nie różni się bardzo od tego, co spotyka je w prawdziwym życiu, jako obiekty męskiej dominacji i okrucieństwa. Ale koniec końców ich przeznaczeniem jest zwycięstwo.

Z.J.: Wiem, że jakiś czas temu upomniało się o Pana powieści Hollywood. Jak się sprawy mają z ekranizacją „Alex” i z przenoszeniem pozostałych pana książek na ekran kinowy?

P.L.: Co do „Alex”, to nie wiem. W USA ma powstać serial telewizyjny. Prawa zostały zakupione, ale nie orientuję się, jak zaawansowane są prace. Kto wie, czy o końcowym efekcie nie dowiem się po prostu któregoś dnia, włączając telewizor. Natomiast więcej mogę powiedzieć o tym, co dzieje się we Francji. Na pierwszy ogień poszło „Do zobaczenia w zaświatach”. Zdjęcia skończyły się w połowie czerwca i film właśnie trafił do postprodukcji. Następnie film na podstawie „Ślubnej sukienki” – tu prace są na etapie preprodukcji. Natomiast na kanwie „Zakładnika” właśnie tworzy się scenariusz serialu telewizyjnego. Prawa do adaptacji wszystkich moich powieści zostały sprzedane, ale przemysł filmowy jest dużo bardziej skomplikowany niż ten literacki i trudno wyrokować, ile ostatecznie książek zostanie przeniesionych na ekran.

Z.J.: Nie mogę też nie odnieść się do majowych wydarzeń we Francji. Sugerując się tym, co donoszą polskie media, można nabrać przekonania, że przyjeżdżając na Międzynarodowy Festiwal Kryminału, wyrwał się Pan z piekła. Czy ten chaos inspiruje Pana literacko?

P.L.: Naprawdę? [śmiech]. Wydaje mi się, że dziennikarze grubo przesadzają. Ani chaos, ani piekło. Po prostu demokratyczna debata: protesty, strajki, manifestacje. I jakkolwiek kibicuję protestującym, to nie mam zamiaru o nich pisać. Wyznaję inną koncepcję literatury. Mnie bieżące wydarzenia literacko w ogóle nie pociągają. Potrzebuję dystansu. Na przykład teraz pracuję nad powieścią, które akcja rozgrywa się w latach trzydziestych dwudziestego wieku. To był we Francji wyjątkowo ponury okres. Skrajna prawica była wówczas wyjątkowo silna, dominowały klimaty antysemickie, a skompromitowana klasa polityczna utraciła zaufanie ludu. I ta Francja lat trzydziestych przypomina w dużym stopniu dzisiejszą. To taki mój wytrych, bo nie chcę pisać książki o strajkach czy powodzi. To pozostawiam dziennikarzom.

Z.J.: Jak to jest z Panem i literaturą kryminalną? Czyta Pan kryminały? Podgląda Pan konkurencję, ma swoich ulubionych autorów?

P.L.: Odpowiedź brzmi: nie. Kiedyś owszem, dużo czytałem. Poświęciłem na to czterdzieści lat życia. Teraz bardzo niewiele. Pisanie wyparło czytanie, bo kiedy jestem w mojej historii, mam problem, aby wejść szczerze i mocno w inną. Nie mam wystarczająco schizofrenicznej osobowości.

Z.J.: I na koniec pytanie z innej beczki. Podobno w czasie biegania słucha Pan audiobooków. Pana zdaniem najlepsza książka do słuchania w czasie biegania to…?

P.L.: „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta! Idealna sprawa na biegi długodystansowe!