Advertisement
Wywiad z Peterem Robinsonem
wtorek, 19 lipca 2016

"Banks jest mieszanką wszystkich moich ulubionych literackich detektywów"

Prezentujemy ostatni już wywiad przeprowadzony z gościem tegorocznego Międzynarodowego Festiwalu Kryminału Wrocław. Ale, jak to mówią, last but not least - przez Wami Peter Robinson,  autor serii powieści kryminalnych, których bohaterem jest inspektor Alan Banks, tłumaczonych na niemal 20 języków, laureat wielu nagród literackich.

robinson

Zofia Jurczak: Na Uniwersytecie Windsor brał Pan udział w zajęciach jednej z etatowych kandydatek do Literackiej Nagrody Nobla – Joyce Carol Oates. Czy spotkanie z nią miało wpływ na Pana decyzję o staniu się pisarzem?

Peter Robinson: Nie. Ta decyzja została podjęta na długo, zanim przeprowadziłem się do Kanady w połowie lat siedemdziesiątych, a przeprowadziłem się do Kanady właśnie po to, aby studiować creative wrtining pod kierunkiem Joyce Carol Oates. Zresztą wcale niełatwo było dostać się na ten kurs. Zanim zabrałem się za kryminały, ba, za prozę w ogóle, pisałem wiersze. I proszę sobie wyobrazić, że próbki mojej poezji zostały odrzucone w czasie postępowanie kwalifikacyjnego, a mnie nie przyjęto na kurs kreatywnego pisania. Ale i tak przeprowadziłem się do Kanady i zacząłem studiować historię literatury. Jakiś miesiąc po rozpoczęciu semestru zaproszono mnie na wieczorek poetycki. Była nam nim również Joyce, która po wszystkim podeszła do mnie i zapytała wprost: dlaczego nie ma cię wśród moich studentów? Na co ja odpowiedziałem: bo mnie nie przyjęłaś. Na co ona: nie jest jeszcze za późno, przyjdź na zajęcia jutro. Poszedłem i w ten sposób trafiłem do grupy Joyce Carol Oates.

ZJ: W takim razie dlaczego porzucił Pan poezję, i to na rzecz literatury kryminalnej?

PR: W pewnym momencie poezja zaczęła mnie potwornie frustrować. Pisanie wierszy okazało się dla mnie ślepą uliczką, przestałem się rozwijać. Poza tym, jak się Pani domyśla, nie jest to dyscyplina literatury, na której zarabia się poważne pieniądze. A był to moment, kiedy znów zacząłem czytać bardzo dużo kryminałów. Jako nastolatek zaczytywałem się historiami o Sherlocku Holmesie czy Jamesie Bondzie, ale po przeprowadzce do Kanady porzuciłem literaturę gatunkową. Do czasu, gdy poezja przestała mnie pociągać. Wówczas przypomniałem sobie o książkach P.D. James, Colina Dextera, Dorothy L. Sayers, Raymonda Chandlera, ale i o skandynawskich autorach, na czele z duetem Sjöwall i Wahlöö. Przeczytałem całą masę kryminałów i założyłem się po cichu sam z sobą, że ja też tak mogę pisać. Do tego doszły smutki emigranta. Bardzo tęskniłem za Yorkshire, z którego pochodzę. Poczułem, że jeśli zacznę pisać o mych rodzimych stronach, może będzie mi z tą rozłąką trochę lżej. I tak to się wszystko zaczęło.

ZJ: Z Pana głównym bohaterem Alanem Banksem łączy Pana wyjątkowo długi związek. Proszę mnie poprawić, jeśli się mylę, ale to prawie 30 lat razem i 24 powieści. Skąd się wziął inspektor Banks?

PR: Sam do końca nie jestem pewien, ale zdaje się, że powieść, która w Kanadzie ukaże się w lipcu 2016, będzie tą dwudziestą czwartą. Natomiast co do Banksa, to zdaje mi się, że jest mieszanką wszystkich moich ulubionych literackich detektywów. Trochę w nim komisarza Maigret, trochę Philipa Marlowe’a i Reginalda Wexforda z powieści Ruth Rendell. Jest też w Banksie coś ze skandynawskich detektywów. Na pierwszy rzut oka miał być takim everymanem. Nie chciałem, żeby był sztywnym konserwatystą. Wolałem, aby mój bohater był bardziej wyluzowanym typem z szerokim spektrum zainteresowań, z muzyką i książkami włącznie. Z czasem stał się większym melancholikiem i samotnikiem. Banks tworzył się na bieżąco i zmieniał się wraz ze mną. Jesteśmy niemal rówieśnikami. On jest odrobinę ode mnie młodszy.

ZJ: Prócz wieku coś jeszcze was łączy?

PR: Niektóre poglądy na świat, marzenia i miłość do muzyki. Choć nie do wszystkich gatunków. Na przykład ja lubię country, ale Banks już nie. Jestem wyznawcą opinii, że główny bohater zawsze ma w sobie coś ze swego autora. Zwłaszcza jeśli mówimy o postaci, która powraca w kolejnych powieściach. Jednak Alan Banks nie jest moim lustrzanym odbiciem.

ZJ: I po trzydziestu latach nie znudził się Panu?

PR: Wciąż nie i mam nadzieję, że to nigdy nie nastąpi, bo wówczas będzie to znaczyło, że czas kończyć z pisaniem. Póki co pracuję nad dwudziestą piątą powieścią z inspektorem Banksem.

ZJ: Teraz chciałabym zapytać o lokalizacje. Wciąż pozostaje Pan wierny Yorkshire, nigdy nie ciągnęło Pana, aby pisać o Kanadzie? I druga sprawa – dlaczego fikcyjne Eastvale zamiast prawdziwego miasteczka?

PR: To nie była trudna decyzja. Nigdy nie wahałem się, czy pisać o Kanadzie, czy o Yorkshire. Możliwy wybór był tylko jeden. Musiało tak być, bo gdy zaczynałem swoją przygodę z inspektorem Banksem, mieszkałem w Kanadzie niecałe dziesięć lat. Poza tym istotna dla mnie była również tradycja angielskiej powieści kryminalnej, w którą chciałem się wpisać. Nie potrafiłbym pisać na amerykańską modłę, na przykład jak Raymond Chandler czy Dashiell Hammett. Bardzo cenię tych autorów, lubię czytać ich powieści, ale nie potrafiłbym tworzyć tak jak oni. Co do fikcyjnej lokalizacji – to trochę taki wybieg z mojej strony. Fikcja daje nieskończoną wolność – to byłby powód nadrzędny, ale nie jedyny. Osadziłem akcję w dolinach Yorkshire. Jest ich kilka, każda jest inna, ale mnie jako pisarzowi łatwiej było połączyć je w jedną całość. Wybrałem sobie moje ulubione miejsca, wioski, kościoły, puby i zebrałem je w mojej fikcyjnej dolinie. Eastvale to zatem taka trochę przearanżowana geograficzna rzeczywistość. Miasteczko, choć jest produktem mojej fantazji, pod wieloma względami przypomina prawdziwe Richmond, w którym mam dom i spędzam sporo czasu. To zresztą moja rada dla wszystkich poszukujących Eastvale: zajrzyjcie do Richmond w hrabstwie North Yorkshire.

ZJ: Wraca Pan do swoich starych książek?

PR: Nigdy tego nie robię. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że ich lektura doprowadziłaby mnie na skraj rozpaczy [śmiech]. Lepiej iść wciąż w przód, bo każda kolejna książka jest lepsza od tych poprzednich.

ZJ: W takim razie dwudziesta piąta odsłona przygód inspektora Alana Banksa zapowiada się na najlepszą część. Czy może Pan coś więcej o niej powiedzieć?

PR: Będzie zatytułowana „When the Music Is Over”. Historia opowiada o wykorzystywanej seksualnie nastolatce. Zainspirowała mnie afera pedofilska, która zatrząsnęła brytyjską opinią publiczną przed kilkoma laty. Mowa o sprawie dziennikarza muzycznego Jimmy’ego Savile’a, po którego śmierci w 2011 roku wyszło na jaw, że przez lata molestował nastoletnie dziewczęta. To jedna z tych spraw, które są w szczególny sposób interesujące dla pisarza, bo po latach trudno jest odróżnić prawdę od kłamstwa, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że w latach sześćdziesiątych w Anglii hołdowało się nieco innym zasadom moralnym niż dziś. Temat niełatwy, delikatny, ale dający spore pole do literackich rozważań. Teraz przygotowuję się powoli do pisania dwudziestej szóstej powieści, która będzie zatytułowana „Sleeping at the Ground”.

ZJ: A jak wygląda typowy dzień Petera Robinsona w trakcie pracy nad książką?

PR: To dość zabawne, bo życie współczesnego pisarza pełne jest spraw, które z pisaniem nie mają wiele wspólnego: wywiady, spotkania z czytelnikami, promocyjne trasy po Ameryce Północnej i Wielkiej Brytanii to moja codzienność. Trudno pracuje mi się w trasie. Aby móc skupić się na pisaniu, potrzebuję rutyny. Gdy jestem w Kanadzie najlepiej pisze mi się w mojej chacie nad jeziorem, trzy godziny jazdy autem od Toronto. Nie mamy tam żadnych rozpraszaczy, a internet tylko w telefonie. Gdy tam jestem, pisanie idzie mi błyskawicznie. Poświęcam na nie zwykle sześć godzin dziennie. Nie uznaję rannego wstawania, nie jestem z tych, co o świcie zrywają się z łóżka, aby biegać. Zwykle zaczynam o dziewiątej rano. Najpierw trochę przyjemności, czyli czytanie, a potem już biorę się do pracy. Po skończeniu całej powieści obowiązkowo kieliszek szampana.

ZJ: Porozmawiajmy o Kanadzie. W Polsce jest Pan gościem Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu, czy w Kanadzie również odbywają się podobne imprezy?

PR: Owszem. W Kanadzie odbywa się cała masa literackich imprez, każde większe miasto organizuje swój literacki festiwal, choć nie ma takiego dedykowanego wyłącznie literaturze kryminalnej. Co nie znaczy, że powieść detektywistyczna jest wykluczona. Z założenia są to imprezy, które mieszają gatunki i autorów. Na jednej takiej imprezie można spotkać i mnie, i na przykład Margaret Atwood. Dodatkowo co roku jestem zaangażowany w International Festival of Authors at Harbourfront w Toronto. Czasem jako gość, a czasem jako tak zwana ostatnia deska ratunku, gdy okazuje się na przykład, że nie ma kto poprowadzić spotkania z Alexandrem McCallem Smithem.

ZJ: Kogo czyta się w Kanadzie? Mam na myśli oczywiście kryminały.

PR: Oczywiście skandynawskich autorów, ale i brytyjskich czy amerykańskich. Z kanadyjskimi czytelnikami jest dość zabawna sytuacja. Takie literackie tuzy jak Alice Munro czy Margaret Atwood są niewiarygodnie popularne, masowo sprzedawane i czytane w Kanadzie, ale autorzy kryminałów już nie. Rodzimych autorów powieści sensacyjnych tu się w ogóle nie ceni. Dużo lepiej sprzedają się na przykład amerykańscy autorzy, a kanadyjscy – po drugiej stronie granicy. Na przykład Linwood Barclay jest dużo bardziej popularny na świecie niż w Kanadzie. Zresztą podobnie sprawy mają się z muzykami, jak choćby Neilem Youngiem.

ZJ: A czyta Pan jeszcze kryminały?

PR: O tak. Bardzo lubię też THRILLERy, HORRORy Stephena Kinga, ale dobierając lektury, nie sięgam wyłącznie po literaturę sensacyjną. Lubię wracać do ulubionych autorów mojego dzieciństwa – Thomasa Hardy’ego i Charlesa Dickensa – i czytać ich powieści po raz kolejny, za każdym razem odkrywając w nich coś nowego. Czytam też sporo literatury faktu. Interesuje mnie zwłaszcza historia najnowsza i II wojna światowa.