Advertisement
Strona główna arrow Recenzje i wywiady arrow Tajemnica zaginionej ślicznotki, Eduardo Mendoza: recenzja
Tajemnica zaginionej ślicznotki, Eduardo Mendoza: recenzja
środa, 16 listopada 2016

Tam, gdzie absurd zanurza się w groteskowym surrealizmie

Damski fryzjer niechcący staje się głównym podejrzanym o zamordowanie pięknej modelki. Policja z braku lepszego pomysłu czepia się go jak rzep psiego ogona. Całe szczęście Asmarats trafia na uroczego transwestytę, pannę Westinghouse, którego zdolności dedukcyjne niemal dorównują jemu samemu. Czy udowodni swoją niewinność?

ImagePoczątek „Tajemnicy zaginionej ślicznotki” Eduardo Mendozy powoduje co najmniej konsternację. Oto mamy stałego bywalca szpitala psychiatrycznego, który zaplątuje się w skomplikowane zbiegi okoliczności. Z biegiem fabuły okazuje się, że ten wariat w rzeczywistości potrafi świetnie dedukować, a jego riposta jest cięta niczym brzytwa. I wtedy owo uczucie skonfundowania mija bezpowrotnie.

Asmarats jest postacią, której nie sposób nie polubić. Może dzięki „ciapowatości”, która wpędza go w nieliche problemy, a może dzięki niesamowitej szybkości kojarzenia faktów, która pomaga mu rozwiązać trudną zagadkę. Kiedy myślałam, że w większą kabałę nie jest już w stanie się wpakować, on zanurzał się w bagnie po uszy! Najlepsze w jego postaci  jest to, jak uroczo umie udawać kogoś, kim nie jest, i z jaką łatwością przychodzi mu zakładanie masek różnych osób. Eduardo Mendoza stworzył postać, która ma twarz na każdą okazję.

Oprócz Asmaratsa poznajemy całą gamę postaci pobocznych. Spotykamy je tylko na chwilę lub na ciut dłużej, tak jak pannę Westinghouse. Szczerze mówiąc, to właśnie ona jest dla mnie bohaterką tej powieści. Łamie wszelkie stereotypy dotyczące transwestytów, a jej pierwsze spotkanie z Asmaratsem sprawia, że czytelnik zbiera szczękę z podłogi ze zdziwienia. Przy tym jej przyszłość, którą poznajemy w drugiej części książki, jest – przynajmniej dla mnie – przeraźliwie smutna.

To moja pierwsza przygoda z hiszpańskim autorem Eduardo Mendozą i muszę stwierdzić, że z pewnością nie ostatnia! Cykl o damskim fryzjerze rozpoczął „Sekret hiszpańskiej pensjonarki”, bardzo pozytywnie przyjęty przez polskich czytelników. „Tajemnica zaginionej ślicznotki” to już piąty tom z serii o specyficznym człowieku o wielu twarzach. Ta część historii damskiego fryzjera jest bardzo udana, więc wnioskuję, że pierwszy tom musiał być szalenie intrygujący (ach, ta dedukcja!). Mendoza stworzył powieść, która wymyka się szufladkowaniu. Nie jest to standardowy kryminał. Ba, nie jest to nawet zwykła powieść sensacyjna. Autor genialnie połączył elementy komedii z wątkiem sensacyjnym (zrozumiecie, kiedy poznacie ninję). Wplótł w tok fabularny masę wątków pobocznych, które z pozoru wydają się kompletnie bez sensu, a nabierają znaczenia dopiero wraz z rozwojem wydarzeń. A komizm sytuacyjny, słowny i groteskowość niektórych postaci tylko przydają tej książce walorów.

Przyznam, że wybór najnowszej powieści na pierwsze spotkanie z Mendozą nie był najlepszą decyzją – nie wiedziałam, dlaczego w ogóle główny bohater nosi wdzięczne miano „damskiego fryzjera”, nie kojarzyłam też faktu, że może mieć coś wspólnego z detektywem. Ale mimo wszystko nie przeszkadzało mi to w lekturze, bo jest ona równie pasjonująca bez tych informacji. Jeśli więc szukacie wymagającego kryminału, z ogromną liczbą detali i mnóstwem surrealistycznych dialogów, musicie sięgnąć po najnowszą książkę Eduardo Mendozy. Nawet jeśli nie zakochaliście się w poprzednich tomach cyklu, to gwarantuję wam, że warto przeczytać „Tajemnicę zaginionej ślicznotki” – dla panny Westinghouse.

Marta Zagrajek


Tajemnica zaginionej ślicznotki
Eduardo Mendoza
Przekład: Marzena Chrobak
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Kraków 2016