Advertisement
Strona główna arrow Recenzje i wywiady arrow R.I.P., Mariusz Czubaj: recenzja
R.I.P., Mariusz Czubaj: recenzja
czwartek, 12 stycznia 2017

Reqiuem dla czytelniczej wierności

Tak właśnie, requiem. Obraziłam się na Mariusza Czubaja, że zamiast szukać inspiracji formalnych w planie narracyjnym, poszedł na Dziki Zachód, który okazał się nie westernem, ale karnawałem disco polo na mazurskiej wsi. Przepraszam za to zdanie najserdeczniej, bo do wsi mazurskiej nie mam żadnych zastrzeżeń, ale jeśli w blurbie czytam, że R.I.P. to „połączenie czarnego kryminału z westernem” i że (o rety!) „tu nie ma walki dobra ze złem. Jest walka zła ze złem. A więc czarny western”, mam ochotę znaleźć autora tego beztrosko wrzuconego na okładkę wytworu i zapytać, co właściwie wie o czarnym kryminale i o westernie. Prochu bowiem nie wynalazł, co wie każdy, kto zna konwencję czarnego kryminału. Wiem, blurbów nie piszą teoretycy literatury, lecz utrwalanie szkodliwych wzorców prowadzi choćby na prób nazwania romansu paranormalnego mianem „HORRORoromansu”.

ImageZatem powieść Czubaja – którego cenię nie tylko za twórczość, ale i za ogromny wkład w rozwój kultury kryminału w Polsce – jako czarny kryminał i western w jednym po prostu się nie sprawdza. Co gorsza, jest to fabuła z chybionym pomysłem, niepotrzebnie bezcelowo brutalna, pozbawiona tego, co dawniej wyróżniało twórczość autora. Rozumiem, że będąc w pionierskiej czołówce Czubaj odczuwa być może czytelniczą presję, aby wciąż w tej awangardzie pozostawać, jednak skłonienie się ku hollywoodzkiemu omalże nieprawdopodobieństwu i imitowanie rozmachu amerykańskich powieści (nawiasem mówiąc, niezbyt przeze mnie cenionych z uwagi na niedbałość narracyjną, tak znamienną i z takim zapałem powtarzaną w amerykańskiej szkole pisania THRILLERów, powieści sensacyjnych czy kryminałów właśnie) jest po prostu w polskich warunkach dość niefortunne, bo wywołuje niekiedy niezamierzony efekt komiczny.

Panujący od jakiegoś czasu trend na antybohaterów zdaje się nie omijać także postaci pojawiających się w powieści Czubaja. Główny bohater, Hłasko, ma tyleż wdzięku i tyleż empatii, co przeciętny krokodyl i chociaż zapewne tlą się w nim jakieś ukryte pokłady zużytego dobra, w oczach piszącej te słowa jest po prostu imitacją, podróbką czarnokryminalnego klasycznego detektywa, któremu nieudolnie przyprawiono gębę antybohatera.

O czarności kryminału świadczyć ma w powieści także sposób prowadzenia narracji, który byłby znośny, gdyby nie fakt, że Czubaj nie radzi sobie najlepiej z podrabianiem charakterystycznego dla konwencji stylu. Owszem, zdarzają mu się perełki zdaniowe, lecz wszystko ma taki stylistyczny ciężar, że czytanie przypomina bardziej brnięcie przez gęsty las niż spacer dla przyjemności.

Sam fabularny pomysł jest oczywiście zacny, intryga wyłaniająca się ze wspomnianego gęstego lasu narracyjnych zawiłości bezsprzecznie przyciąga uwagę. Jednak nie jest powieść, którą się zapamięta na całe życie, nie jest to warsztatowe osiągnięcie pisarskie, nie jest to wreszcie lektura dla czytelników przyzwyczajonych przez Czubaja do innych standardów. Ale polecam przekonać się na własnej skórze.

Ksenia Olkusz

R.I.P.
Mariusz Czubaj
Wydawnictwo Albatros
Warszawa 2016


Recenzje innych powieści Czubaja: "Zanim znowu zabiję" oraz "Martwe popołudnie"