Advertisement
Strona główna arrow Recenzje i wywiady arrow Oszpicyn, Krzysztof Zajas: recenzja
Oszpicyn, Krzysztof Zajas: recenzja
czwartek, 16 lutego 2017

Ponure dziedzictwo

„Oszpicyn” to nazwa, której używali Żydzi, mówiąc o Oświęcimiu. Właśnie tutaj toczy się akcja najnowszej powieści Krzysztofa Zajasa. To tutaj w 1994 roku tuż po studiach przenosi się dziennikarz Wojciech Jaromin, by podjąć pracę w lokalnej redakcji. Wkrótce w mieście dochodzi do dziwnych wypadków, których sprawcami są dzieci. Jak mówi główny bohater: W ten oto sposób w październiku 1994 roku zostałem dziecięcym detektywem w Oszpicynie. Śledztwo miało potrwać piętnaście lat i zmarnować mi życie.

ImageWybaczcie tak enigmatyczny opis, ale zdradzanie jakichkolwiek szczegółów fabuły mogłoby zepsuć wam lekturę. Najlepiej sięgnąć po nią „w ciemno” i pozwolić autorowi się zaskoczyć. Trudno bowiem jednoznacznie zaklasyfikować gatunkowo tę powieść. Jest w niej trochę z HORRORu, trochę z kryminału i całkiem sporo z wojennej tragedii (którą Marek Bieńczyk w blurbie nazywa „sensacją historyczną”). Trudna to mieszanka, oj, trudna. Ale przy tym niesamowicie wciągająca. Ulubionym pisarzem Zajasa jest bowiem King i przyświeca mu ta sama zasada: książka ma być do czytania. I faktycznie, „Oszpicyn” jest to czytania – to lektura, od której trudno się oderwać. Obu autorów łączy umiejętnie budowana atmosfera grozy, a także typ bohatera. Pamiętacie Jacka Torrence’a, który w pewnym momencie przestał odróżniać, co jest rzeczywistością, a co jedynie jego wizją? Wojciech Jaromin ma z nim wiele wspólnego. Warto jednak zaznaczyć, że King – abstrahując od tematyki – jest mocno osadzony w rzeczywistości, Zajas natomiast balansuje w „Oszpicynie” między twardymi polskimi realiami a… oniryzmem.

Ale nowa powieść pisarza to nie tylko książka do czytania. To też książka do myślenia. A o czym? Oddam głos autorowi: Dziedziczymy długi, dziedziczymy głupotę i lekkomyślność, poczucie winy i traumę niewolnictwa – to może i zemstę dziedziczymy? Jest też „Oszpicyn” ponurą diagnozą trawiących Polskę – ale nie tylko Polskę – problemów. Z mroku wyłania się coś ponurego, bez twarzy i jeszcze bez myśli, ale już mówi o robieniu porządku i usuwaniu innych. Zrozum, gdyby istniał jakikolwiek postęp w człowieczeństwie, w moralności, w uczeniu ludzi dobra, ba, w wyciąganiu najprostszych wniosków z niedawnych w końcu doświadczeń, to ten mydłek nie miałby prawa tak mówić. (…) „Bo ja, dwudziestoletni uczeń ideologii, zrozumiałem zasadę świata i powiem wam, jak ma być i co kto ma robić”. To w prostej linii prowadzi do dzielenia nas na ludzi, podludzi i nieludzi. Ci mogą żyć, a tamci nie. Nie bez znaczenia jest także, rzecz jasna, miejsce akcji. Demony budzą się bowiem w mieście, które stało się symbolem najgorszego zła, jakie ludzie mogą zgotować innym ludziom. I które przez lata próbowało pozbyć się tego ciężaru i żyć normalnie.

Nie będę się także silić na analizy stylu pisarza, bo nie mam takiego warsztatu jak autor (profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, literaturoznawca, kulturoznawca i tłumacz) i nie chcę narażać się na śmieszność. Napiszę jedynie, że narrator opisuje wydarzenia z dużego dystansu czasowego, pozwalając na ich ocenę z perspektywy czasowej. A przy tym pierwszoosobowa narracja wciąga czytelnika w opisywany świat bez reszty. Oczywiście jest tak przede wszystkim dzięki fabule, ale nie bez znaczenia są wykorzystywane przez autora chwyty formalne. Ich celem (w stu procentach zrealizowanym) jest przyciągnięcie uwagi czytelnika i zainteresowanie go opisywaną historią. Weźmy na przykład zdanie: Gdybym wtedy, w 1994 roku, wiedział to, co wiem dzisiaj, nie słuchałbym jej i wyszedłbym natychmiast, a najpewniej wyniósł się z miasta jeszcze tego samego dnia. I jak tu nie czytać dalej? Mnie zachwycił także język pisarza. Tworzone przezeń frazy kontrastują ze sobą: płynnie przechodzimy od potoczności i głębokiego osadzenia w rzeczywistości po poetyckie, migotliwe opisy i oniryczne wędrówki bohatera po mieście (on sam porównuje się do Leopolda Blooma, ja widzę w nim Dantego krążącego po piekielnych kręgach – który czasami rzuca cytaty z Szekspira). Piękne!

Wojciech Chmielarz napisał ostatnio, że „Oszpicyn” jest Straszny. Nieprzyjemny. Wart przeczytania. Zgadzam się po trzykroć. Jest straszny – to jedna z niewielu książek, która sprawiła, że przyśnił mi się koszmar. Jest nieprzyjemny, bo porusza tematy, z których wszyscy wiedzą, ale nie wszyscy chcą słuchać. O zagładzie Żydów. O wojennych winach Polaków. O zdrajcach. O śmierci niewinnych. Trudno pisać o tym bez patosu, i do tego w rozrywkowej – jednak – konwencji. A Krzysztofowi Zajasowi się udało. I dlatego właśnie „Oszpicyn” jest wart przeczytania.

Ewa Dąbrowska

Oszpicyn
Krzysztof Zajas
Wydawnictwo Marginesy
Warszawa 2017