Advertisement
Strona główna arrow Recenzje i wywiady arrow Taniec wdowca, Rick Riordan: recenzja
Taniec wdowca, Rick Riordan: recenzja
czwartek, 23 lutego 2017

Kolejne wakacje w Teksasie

Tresa Navarre mieliśmy okazję poznać w powieści „Big Red Tequila”. To pierwsza część „dorosłego” cyklu Ricka Riordana, autora znanego  głównie z powieści dla młodzieży. W „Tańcu wdowca” Tresowi niewiele – bo zaledwie dwudziestu godzin praktyki – brakuje, by zdobyć licencję prywatnego detektywa, kiedy rutynową obserwację podejrzanej przerywa morderstwo. Okazuje się, że sprawa kradzieży nagrania demo aspirującej (ale bardzo utalentowanej!) gwiazdki country, Mirandy Daniels, o którą podejrzewano skrzypaczkę Julie Kearnes, to tylko wierzchołek góry lodowej. Tres wplątuje się zatem w świat branży muzycznej. Świat brudnych gierek, rywalizacji, zdrady… I cały czas zastanawia się, czy aby na pewno chce zostać prywatnym detektywem.

ImageGłówna cecha tej powieści to opisowość. Autor dokładnie przedstawia zarówno świat, w którym toczy się akcja, jak i bohaterów historii. A jest co przedstawiać. Obraz San Antonio lat dziewięćdziesiątych, rysowany przez Riordana, ma w sobie dużo uroku. Mimo upału, który utrudnia życie, chciałoby się odwiedzić to miasto. Iść z Tresem na koncert muzyki country, wypić shiner bocka, poleżeć na hamaku i pogapić się w bezchmurne niebo… A później iść świętować Día de Muertos ze znajomymi Latynosami. Niekoniecznie za to chciałoby się poznać wszystkich tych ludzi, których poznaje Tres. Zgorzkniałego muzyka, któremu niewiele w życiu poszło po jego myśli, agenta z branży, który skutecznie usuwa wszelkie przeszkody na swojej drodze, bardzo utalentowaną i, wydawałoby się, równie nieśmiałą piosenkarkę… To oczywiście nie jest cała lista. Galeria postaci stworzonych przez Riordana jest długa i barwna, nie ma tu chyba kogoś, kto w jakiś sposób by się nie wyróżniał. I dobrze: dzięki temu czytelnik nie ma problemu z rozróżnieniem bohaterów. I choć jest tu trochę stereotypów (jak latynoska chica, to głośna i rozchichotana, jak europejski bandzior, to milczący i tajemniczy), ani odrobinę nie przeszkadzają w lekturze. Może dlatego, że Riordan często je wykorzystuje – i równie często łamie.

Drugi wyróżnik powieści (i całego cyklu Riordana) to swoista opieszałość akcji. Chociaż nie brakuje tu zabójstw, strzelanin, nagłych śmierci, akcja snuje się powoli. Cóż, teksański klimat nie sprzyja aktywności. Kiedy żar leje się z nieba, mało komu chce się biegać. Lepiej usiąść i pomyśleć. I porozmawiać. Mnogość dialogów – bardzo prawdziwych i potoczystych, przeplatanych z dokładnymi opisami otoczenia – to bowiem kolejna charakterystyczna cecha „Tańca wdowca”. To dzięki nim powieść czyta się błyskawicznie. Dzięki nim – i dzięki samemu Tresowi, którego po prostu nie da się nie lubić. Z tym jego niewyparzonym językiem, który często wpędza go w kłopoty, z kotem, który często toczy ze swoim właścicielem nieme pogawędki, z umiejętnością powalenia przeciwnika jednym ciosem… A przy tym Navarre nie jest bohaterem idealnym. Ba, do ideału mu bardzo daleko. Wciąż nie wie, co ma zrobić ze swoim życiem, ma też dylematy uczuciowe, zdarza mu się pomylić i zrobić coś głupiego. I właśnie za to go polubiłam.

A na koniec najważniejsze: język powieści. Gdyby wszyscy autorzy mieli ten luz, tę swobodę pisania, czytanie byłoby jeszcze przyjemniejsze. Riordan pisze z lekkością, ze swadą, z humorem. Po raz kolejny lektura jego powieści stała się dla mnie wytchnieniem od ciężkich, mrocznych kryminałów. Innymi słowy: „Taniec wdowca” to kolejne udane wakacje w Teksasie!

Ewa Dąbrowska

 
Taniec wdowca

Rick Riordan
Przekład: Jacek Konieczny
Galeria Książki
Kraków 2017

FRAGMENT POWIEŚCI