Advertisement
Strona główna arrow Fragmenty arrow Zła waluta, Ewelina Dyda
Zła waluta, Ewelina Dyda
piątek, 24 lutego 2017

Ewelina Dyda

Zła waluta

 

Wtorek, 11 sierpnia 2015

Przepraszam. Nie zaproponowałam panu nawet nic do picia. — Elżbieta Rodek siedziała na krześle i patrzyła przed siebie.
   Znajdowaliśmy się na werandzie, która wyglądała na samowolkę budowlaną. Inne mieszkania na parterze nie miały nawet balkonów. Elżbieta Rodek, matka Karoliny Rodek, dziewczyny, która została zamordowana, a konkretnie: wyrzucona z balkonu, pod koniec czerwca, mieszkała w kawalerce na osiedlu Przywiśle. Mieszkanie składało się z jednego pokoju, łazienki oraz aneksu kuchennego. Dobudowana weranda, z góry ocieniona małym daszkiem, dodawała pomieszczeniu przestronności. Wciąż było upalnie i pomimo zadaszenia, czuło się płynący z nieba żar. Ale Rodek zdawała się nie czuć nic. Rękawy czarnej bluzki okrywały jej chude ręce. Splecione dłonie spoczywały na fałdach długiej szarej spódnicy. Kilka razy rozluźniła uścisk, aby poskubać niedostrzegalną skórkę wokół paznokcia. Wyglądała jak wrak człowieka, któremu cały świat zawalił się na głowę. Zapewne tak też się w jej przypadku stało. Brązowe włosy miała poprzetykane siwymi niteczkami, a dwucentymetrowy siwy odrost dodawał jej lat. Sucha skóra na policzkach pozbawiona była makijażu. Sińce pod oczami dowodziły, że kobieta dużo płacze oraz mało śpi, co zupełnie mnie nie dziwiło. Śmierć bliskiej osoby odciska piętno nie tylko na duszy. Elżbieta Rodek straciła córkę i tę traumę miała wypisaną na całym ciele. Nie była wyjątkiem.

ImageKiedy zdecydowałem się zająć sprawą Olgi, zadzwoniłem do niej od razu. Ucieszyła się. I mógłbym przysiąc, iż nie tylko dlatego, że zaoferowałem pomoc w oczyszczeniu jej syna z zarzutów. A może wyobraźnia płatała mi figle? Z drugiej strony, jeśli nie spróbuję, to się nie przekonam. Tylko ryzykanci piją szampana w towarzystwie pięknych kobiet.
Następnie zadzwoniłem do Jurka.
— Jestem w kebabie na Mickiewicza. — Usłyszałem w słuchawce, po czym Orłowski się rozłączył.
Schowałem telefon do kieszeni, zamknąłem okno i opuściłem biuro, udając się na ulicę Mickiewicza. Robotnicy przy Słowackiego wciąż pracowali. A właściwie pracował jeden. Reszta usadowiła się w cieniu drzewa przy domu kultury. Kilku paliło papierosy, paru pałaszowało kanapki. Czy się stoi, czy się leży… Wiadomo. Sam w taki upał wolałbym siedzieć pod drzewem. Przy poczcie przeszedłem na drugą stronę ulicy. Chandler też siedział pod drzewem, ale nie tak jak robotnicy, bo nieruchomo i z łbem uniesionym ku górze. Jego czujne oczy śledziły każdy ruch gołębia, który przysiadł na jednej z gałęzi. Spróbowałem go pogłaskać. Ciało miał napięte. Poruszył tylko nieznacznie ogonem, dając mi do zrozumienia, że w tej chwili zupełnie nie jestem tu potrzebny. Odszedłem, mając nadzieję, że gołąb pójdzie po rozum do głowy i odleci. Mieliśmy z Danutą już dość zdobyczy, które Chandler ostatnio przynosił nam coraz częściej. Czasem była to mysz, innym razem wróbel lub właśnie gołąb. Wszystkie te dowody sympatii Chandlera lądowały w przydomowym koszu, na co patrzył ze zdziwieniem. Jeśli tym razem to on próbował nas kupić, wybrał złą walutę.
Plac Antoniego Surowieckiego, który kiedyś był placem Republiki Tarnobrzeskiej, opustoszał. Tylko dwa popiersia kąpały się w trzydziestostopniowym skwarze z głowami uniesionymi ku górze, błyszcząc od słońca jak wysmarowane oliwką ciała na plaży. Przeszedłem chodnikiem ocienionym szpalerem drzew i dotarłem do przejścia dla pieszych. Kebab, w którym czekał Jurek, znajdował się po drugiej stronie ulicy. Poczekałem, aż przejadą auta, i szybkim krokiem przemierzyłem jezdnię. Zanim jednak wszedłem do kebaba, ustawiłem się w kolejce do bankomatu. Chciałem kupić coś do picia, więc potrzebowałem pieniędzy. Stanąłem za dwiema kobietami, których siwe włosy skryte były pod słomkowymi kapeluszami przeciwsłonecznymi. Jedna z nich przecierała czoło bawełnianą chusteczką.
— A słyszała pani? Do szkół tych zboczeńców powpuszczali — powiedziała ta z chusteczką.
— Co pani mówi? — zainteresowała się jej towarzyszka i poprawiła kapelusz, który zsunął się jej na czoło.
— A tak. Pedałów, gejów, homofobów. — Przysunąłem głowę bliżej, bo miałem wrażenie, że się przesłyszałem. — Wychowania homoseksualnego nauczają.
— Po wyborach cała ta sodoma i gomora się skończy — nie wytrzymałem i wtrąciłem się do rozmowy. Kobiety jak na komendę spojrzały na mnie podejrzliwie. — Pogonią tych wszystkich homofobów! Zobaczą panie.
— Młody i mądrze mówi — odezwała się staruszka z chusteczką.
— Wiem, co mówię. W końcu nie jestem… homofobem — dodałem z emfazą, żeby jeszcze miały szansę się zreflektować, jakie znaczenie ma użyte przez nie słowo.
— Teraz to nic nie wiadomo. Kiedyś chłop to był chłop, baba to baba — powiedziała ta w kapeluszu zsuwającym się na czoło. — Nie odróżnisz człowieka od homofoba, choć wydaje się taki normalny.
— Święta racja — podsumowałem.
Staruszki dłuższą chwilę walczyły z bankomatem, wybrały pieniądze i odeszły. Tak, homofob, jak morderca, wygląda normalnie. Może być także staruszką w słomkowym kapeluszu.
 (…)
Mareczek wypalił znalezionego peta do samego filtra, po czym zdusił go pod ciężkim butem. Zdecydowanie za grubym jak na tak gorący sierpień. Wyciągnąłem czteropak i podałem mu puszkę.
— A ty, Kuba, czego nie uciekłeś z Tarnobrzega? — zapytał, kiedy upił kilka łyków i otarł usta wierzchem dłoni.
— Uciekłem. Jak prawie każdy. Wróciłem ponad rok temu. Po śmierci ojca. Prowadzę biuro detektywistyczne. — W paru zdaniach streściłem mu ponad dziesięć ostatnich lat mojego życia.
— Detektywem? Tu? To pewno nie możesz odgonić się od zdradzanych żon, co? Bo co się tu innego u nas dzieje. — Zgniótł puszkę i wrzucił ją do worka. Podałem mu drugą, którą tym razem pił, celebrując każdy łyk, jakby degustował wykwintny bukiet smaków w drogiego wina.
— Teraz na przykład próbuję udowodnić, że młody chłopak nie zabił swojej dziewczyny. Właśnie wracam od jej matki. Mieszka tu, na Wianku.
Pokrótce zrelacjonowałem mu sprawę Igora Haddada, nie zdradzając najistotniejszych szczegółów.
— Taki młody i se życie zmarnował. Przez babę. A bo to jedna taka po świecie chodzi? Teraz będzie siedział. Bo kto to zrobił, jak nie on? — Druga puszka zaszczękała w dłoniach Mareczka i wylądowała w worku.
— Tego właśnie chcę się dowiedzieć — odpowiedziałem i także skończyłem drugie piwo. Pożegnałem Mareczka i wróciłem do domu.
Trzy wypite na szybko browary zaszumiały mi w głowie i kiedy wchodziłem do salonu (tego na górze), potknąłem się o ostatni schodek.
— Kuba, czy ty przypadkiem nie masz ostatnio problemu z alkoholem? — zapytała Danuta, podnosząc wzrok znad Żegnaj, laleczko, którą czytała już chyba po raz setny. — Myślałam, że po ostatnim weekendzie na dłużej dasz sobie spokój.
— Nie, nie mam. W sklepie bez problemu mi go sprzedają, nie prosząc nawet o dowód — odparłem i usiadłem obok niej. — Zresztą prawdziwy detektyw zawsze pije. — Wskazałem głową książkę, którą trzymała w dłoniach.
— To literatura. W życiu trzeba być trzeźwym.
— Życie na trzeźwo jest nie do przyjęcia — odpowiedziałem zdaniem, które kiedyś gdzieś przeczytałem, ale nie pamiętałem gdzie. — Tak się o mnie martwisz, Danusiu? – Nie czekając na odpowiedź, przytuliłem ją, udając upojenie alkoholowe, pod wpływem którego przecież nie byłem.
Danuta roześmiała się i zdzieliła mnie po głowie powieścią Chandlera.
— Na twoim miejscu bym uważał, jeśli chcesz tę książkę przeczytać kolejne sto razy. Przecież ona się już prawie rozlatuje! A wiesz, kogo spotkałem? — postanowiłem opowiedzieć jej o Mareczku.
— Butelkę piwa na pewno. Kogoś jeszcze?
— Oj nie bądź już taka złośliwa. Mareczka. Pamiętasz? Tego, co miał kiedyś sklep na Czerwonym.
— Z butami?
— Tego właśnie.
— Podobno strasznie się stoczył. Ale kto by się nie załamał na jego miejscu. Gdzie go spotkałeś?
— Na Przywiślu. Byłem u matki Karoliny Rodek.
— Dowiedziałeś się czegoś istotnego?
Opowiedziałem Danucie o tym, czego się dowiedziałem, a także przybliżyłem jej moje spotkanie z Mareczkiem. Na końcu dodając, że saszetki dla Chandlera położyłem tam gdzie zawsze. Następnie rzuciłem okiem na godzinę w telefonie. Niebawem miałem się spotkać z Olgą. Kiedy już wyszykowałem się na spotkanie, rzuciłem Danucie, że nie wrócę na noc. Miałem wrażenie, że spojrzała na mnie podejrzliwie.
(…)


Copyright © Ewelina Dyda, MMXVII
Wydanie I, Warszawa MMXVII