Advertisement
Strona główna arrow Recenzje i wywiady arrow Straceńcy, Ingar Johnsrud: recenzja
Straceńcy, Ingar Johnsrud: recenzja
piątek, 03 marca 2017

Wojna nigdy się nie kończy

„Dawne grzechy rzucają długie cienie” – napisała kiedyś Agatha Christie. I choć można by ten cytat odnieść do wielu, jeśli nie większości, powieści kryminalnych (wszak w tym gatunku mroczne tajemnice z przeszłości odgrywają olbrzymią rolę), jest w „Straceńcach” coś, co sprawiło, że już od pierwszych stron lektury miałam te słowa nieustannie z tyłu głowy. Może siła owych „dawnych grzechów”, a może ciężar ich konsekwencji?

ImageFredrika Beiera, głównego bohatera powieści Ingara Johnsruda, spotykamy w szpitalnym łóżku, tuż po próbie samobójczej. Owszem, ten policjant nie wiedzie zbyt szczęśliwego życia – tkwi w związku bez przyszłości, nie potrafi pogodzić się ze śmiercią dziecka, do tego ostatnie prowadzone przezeń śledztwo zakończyło się nieciekawie. Ale co go skłoniło do podjęcia ostatecznego kroku akurat teraz? Niestety, tego nie wie nawet on sam – Beier nie pamięta, dlaczego chciał się zabić. Próbuje więc nadal żyć tak, jak dotychczas. Zaczyna od sprawy czterech trupów w różnych dzielnicach Oslo, które łączy jedno nazwisko: Michael Morenius. Trop wiedzie w przeszłość, do czasów zimnej wojny…

„Straceńcy” to polski tytuł książki. Oryginalny brzmi „Kalypso”. Taki jest podpis pod zdjęciem małej dziewczynki, które policjanci znajdują w jednym z miejsc zbrodni. I właśnie ta mała dziewczynka okazuje się kluczem do rozwiązania zagadki. Ale polski tytuł, „Straceńcy”, kładzie nacisk na inną warstwę powieści – bohaterów. Nie tylko na tych, których owa zagadka dotyczy (wybaczcie enigmatyczność, ale nie chcę spojlerować), ale i na dwójkę głównych postaci. Kafa Iqbal i Fredrik Beier też bowiem są straceńcami, czyli (za „Słownikiem języka polskiego”) „osobami zdecydowanymi na wszystko, bez względu na zagrażające niebezpieczeństwo”. Może dlatego, że tak naprawdę niewiele im już w życiu pozostało do stracenia? I choć policjant w depresji, z trudną przeszłością i jeszcze trudniejszą teraźniejszością, to żadne novum w literaturze kryminalnej, sylwetki rysowane przez Johnsruda są przejmujące. Wręcz emanują bólem, żalem, smutkiem… Dotyczy to zresztą nie tylko policjantów.

Ale nie tylko postaci są mocną stroną tej powieści. Również intryga kryminalna stoi na wysokim poziomie. Choć miejscami jest nieco zawikłana – znajdziemy tu bowiem zimną wojnę, szpiegów, narkotyki, trudną miłość, przemoc, terroryzm… mam wymieniać dalej? – przeładowanie treścią jest w „Straceńcach” jedynie pozorne (podobnie zresztą jak w debiutanckiej powieści norweskiego dziennikarza). Wszystkie elementy składają się bowiem zgrabnie na kolejną historię o brudnym, nieprzyjemnym świecie, w jakim przyszło żyć współczesnym ludziom. Historię z morałem, można by rzec: wojna zawsze oznacza ofiary, nie tylko te poległe na polu bitwy, a żadne wydarzenie nie może pozostać bez konsekwencji.

Jedyny nieudany (choć to może zbyt mocne określenie) element tej powieści to czarny charakter – wyczuwam w nim jakąś fałszywą nutę, coś, co nie pozwoliło mi do końca uwierzyć w tę postać, zrozumieć ją samą i motywy jej działania. Ale to niewielka wada, jeśli weźmiemy pod uwagę wszystkie zalety „Straceńców”. Obok przejmujących sylwetek pozostałych bohaterów i wciągającej intrygi mamy tu bowiem czytelną, wyrazistą konstrukcję – rozdziały przenoszą nas co jakiś czas z norweskiej teraźniejszości do Rosji lat dziewięćdziesiątych, kiedy to cała historia miała swój początek – a także przyjemny w odbiorze, nieco surowy styl (idealnie pasujący do surowej, mrocznej wizji świata). Efekt? THRILLER, od którego trudno się oderwać.

Ewa Dąbrowska

Straceńcy
Ingar Johnsrud
Przekład: Marta-Gołębiewska-Bijak
Wydawnictwo Otwarte
Kraków 2017