Advertisement
Strona główna arrow Recenzje i wywiady arrow Zgubna trucizna, Katarzyna Kwiatkowska: recenzja
Zgubna trucizna, Katarzyna Kwiatkowska: recenzja
poniedziałek, 13 marca 2017

Wehikuł czasu

Książki Katarzyny Kwiatkowskiej są dla mnie wytchnieniem. Są tu zbrodnie, owszem, ale bezkrwawe. Nie ma szalonych, psychopatycznych morderców, nie ma pośpiechu i szybkiego tempa charakterystycznego dla współczesnego życia, nie ma wreszcie ciężkiej atmosfery, tak typowej dla większości współczesnych kryminałów. Jest za to wnikliwy portret Wielkopolski przełomu XIX i XX wieku, są też ciekawe sylwetki bohaterów.

ImageNie inaczej jest w „Zgubnej truciźnie”, czwartej już części przygód Jana Morawskiego. Tym razem jednak przenosimy się z wielkopolskich dworków, gdzie toczyła się akcja poprzednich powieści, do miasta. Konkretnie: Poznania, którym aktualnie rządzą Niemcy. Polacy jednak się nie poddają: zakładają własne instytucje, biblioteki, banki, spółdzielnie… W ten świat trafia Morawski, zatrudniony przez Bank Rzeszy dla wykrycia fałszerzy banknotów. Jednak już pierwszego dnia jego pobytu dochodzi do morderstwa, a Jan jest pierwszym podejrzanym. Droga do prawdy prowadzi przez zatłoczone sale balowe, ciasne podwórka, barwne poznańskie ulice…

Morawski, mimo tropienia zbrodni, ma czas delektować się karnawałowymi balami (choć to bardziej czytelnik delektuje się ich opisami, sam Jan bowiem uważa, że bale to pańszczyzna, od której nie ma ucieczki: zaczął się ostatni tydzień karnawału, a nikomu, po prostu nikomu nie wolno w tym czasie uchylać się od obowiązków towarzyskich, które sprowadzały się do uczestnictwa w choćby jednym balu każdego wieczoru). Detektyw wędruje więc po salach balowych, słucha plotek, tańczy z pannami i rozmawia z panami, jest świadkiem ówczesnego „targu niewolników”, czyli swatów i oddawania rąk panien z dobrym pochodzeniem bogatym parweniuszom. Z książki Kwiatkowskiej dowiemy się, co ludzie wówczas jedli, co pili, co nosili (muszę zacytować: Strój Maksa był w stu procentach modny i markowy: angielski tużurek, krawat gruby jak poduszka i tak szeroki, że zakrywał cały gors, a kołnierzyk najwyższy, jak się dało; gdzie indziej czytamy, że panna miała na sobie suknię z tiulu białego, błyszczącą, niby kroplami rosy, kryształowymi perełkami. Przednie bryty wąskie i  gładkie, rozkładały się bokami w wachlarze plisowane i tak dalej, i tak dalej), jak się bawili… Liczba opisów sprawia, że tempo akcji jest bardzo powolne. Wydaje mi się też, że tym razem proporcje powieści są nieco zachwiane – zbrodnia nie jest tu już na pierwszym planie, a opisy nie służą tylko za tło. Mam wrażenie, że w „Zgubnej truciźnie” intryga kryminalna stała się raczej pretekstem do pokazania Poznania anno Domini 1901 i jego bolączek związanych z niemieckim panowaniem nad miastem. Ale być może się mylę, co wynika z faktu, że zdecydowanie wolę Morawskiego na tropie zbrodni prywatnych, tymczasem tutaj zbrodnie są wagi państwowej.

Z równą dokładnością co obyczaje potraktowała autorka przestrzeń. Znajdziemy w tej powieści mnóstwo informacji o ulicach i budynkach ówczesnego Poznania. I choć spokojnie można by się przespacerować śladami Jana Morawskiego (na przykład: Z Dyrekcji Policji poszedł ulicą Rycerską w stronę Świętego Marcina i skręcił w lewo. Zatrzymał się dwadzieścia metrów przed kamienicą numer 69, gdzie mieścił się Dom Katolicki), nie miałam wrażenia, że czytam przewodnik – wszystkie te wiadomości Katarzyna Kwiatkowska umiejętnie wplotła w fabułę.

Katarzyna Kwiatkowska rysuje także bogatą galerię bohaterów. Choć prym wiodą „wyższe sfery”, bo z nich wywodzi się Morawski i wśród nich głównie przebywa, znajdziemy tu także opisy ówczesnej biedoty. Ale to, co rzuca się w oczy najbardziej, to hipokryzja ówczesnego świata. Kobieta, która uważa się za dobrą chrześcijankę, a nie wstydzi się okradać biednych, i hrabia, który bez oporów godzi się oddać rękę córki bogaczowi o miernym pochodzeniu tylko po to, by odzyskać pałac, to jedynie przykłady. Jest ich na kartach powieści znacznie więcej, co sprawia, że nie sposób przejść obok stworzonych przez autorkę bohaterów obojętnie. Pewnie, że niektóre postaci są nieco karykaturalne – ale to tylko ubarwia powieść. A fakt, że znajdziemy tu też rzeczywistych ludzi, na przykład doktora Franciszka Chłapowskiego czy księdza Piotra Wawrzyniaka, tylko dodaje książce autentyczności.

Nie mam wątpliwości, że autorka wykonała ogromną pracę, przygotowując się do pisania tej książki; przewertowała z pewnością mnóstwo książek, gazet i dokumentów. Wszystko po to, by dać czytelnikowi złudzenie podróży w czasie. Udało się w stu procentach: kiedy czytam, że Jan odwiedził Handel Cygar, Cygaret, Tytuniów i Tabaki S. Żychlińskiego, oczami wyobraźni widzę to zadymione, ciemne pomieszczenie. Kiedy razem z Morawskim zwiedzam starą drukarnię i dowiaduję się, czym różni się staloryt od heliograwiury, wręcz słyszę szum, stuki i trzaski maszyn drukarskich. I choć poprzednie części przygód Morawskiego podobały mi się bardziej – jak już pisałam, wolę detektywa-łasucha tropiącego prywatne zbrodnie, nie te państwowe – „Zgubną truciznę” czytałam z przyjemnością, właśnie dzięki temu wnikliwemu oddaniu szczegółów życia w Poznaniu na początku XX wieku. Pozostaję więc fanką Morawskiego (i oczywiście jego nieocenionego kamerdynera Mateusza!) i z chęcią sięgnę po kolejne powieści Katarzyny Kwiatkowskiej.

Ewa Dąbrowska


Zgubna trucizna

Katarzyna Kwiatkowska
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Kraków 2017

 

RECENZJE INNYCH POWIEŚCI KATARZYNY KWIATKOWSKIEJ:

Image Image Image Image