Advertisement
Strona główna arrow Recenzje i wywiady arrow Wywiady i relacje arrow Wywiad z Katarzyną Kwiatkowską
Wywiad z Katarzyną Kwiatkowską
wtorek, 21 marca 2017

"Piszę po to, by móc choć na pewien czas oddalić się od współczesności"

„Zgubna trucizna”, piąty kryminał retro Katarzyny Kwiatkowskiej, w ubiegłym tygodniu zagościł na księgarnianych półkach. Z tej okazji zadaliśmy autorce kilka pytań - między innymi o to, jak przygotowuje się do pisania, jakie są jej dalsze plany i dlaczego tak mało jej w mediach.

Ewa Dąbrowska: Kilka dni temu skończyłam czytać „Zgubną truciznę”, więc moje pierwsze pytanie brzmi: czy Jan Morawski kiedyś się wreszcie ustatkuje?

Katarzyna Kwiatkowska: O to musiałaby Pani spytać jego Smile. Myślę, że małżeństwo samo w sobie nie jest jakimś szczególnym celem Jana i zaczyna o tym myśleć dopiero, gdy spodoba mu się jakaś kobieta. Tym razem było już naprawdę blisko…

Ma Pani już pomysły na kolejne części cyklu o detektywie-łasuchu? A może czeka nas coś kompletnie odmiennego, na przykład kryminał współczesny? Albo wcale nie kryminał?

Tak, mam kilkanaście pomysłów, na razie dość mglistych. Na dzień dzisiejszy wszystkie te pomysły dotyczą kontynuacji serii. A jeśli kiedyś odejdę od kryminałów retro, to na pewno  pozostanę w strefie retro.  Współczesności mam wystarczająco dużo na co dzień i piszę właśnie po to, by móc choć na pewien czas od tej współczesności się oddalić.

A planuje Pani powrót Konstancji Radolińskiej?

Tak, chciałabym, by Konstancja znowu mogła wystąpić, ale na pewno nie w najbliższej książce, bo Jan musi domknąć kilka spraw, które pozostały otwarte. Więc może w kolejnej.

ImageDlaczego w najnowszej powieści przeniosła się pani z dworków do miasta i od zbrodni prywatnej do „państwowej”?

Pracując nad poprzednią książką, kilkakrotnie natrafiłam na wzmianki o Związku Spółek Zarobkowych. Postanowiłam przypomnieć tę organizację, a ten wybór niejako sam narzucił mi przeniesienie się do miasta, zwłaszcza że planowałam włączyć też wątek fałszerstw. Zresztą nie jestem pewna, czy te zbrodnie można zaliczyć do „państwowych”. W sumie chyba jednak większość tych przestępstw popełniono z pobudek osobistych, a sprawy publiczne stanowiły tło i zasłonę dymną.

Wędrowała Pani po Poznaniu, przygotowując powieść? Czy raczej studiowała Pani stare plany miasta i inne dokumenty? Trudno je zdobyć?

Nie, nie przeprowadzałam szczególnego rozpoznania w trakcie przygotowań. Znam dość dobrze Poznań, choć nigdy nie mieszkałam w ścisłym centrum.  

Podstawowe informacje czerpałam z opracowań historycznych. Profesorowie Lech Trzeciakowski i Jan Skuratowicz, dwaj wielcy znawcy Poznania z przełomu XIX i XX wieku,  w swoich książkach umieszczali plany miasta z różnych epok, czytając więc te prace, wielokrotnie analizowałam zmiany, jakie zaszły w topografii Poznania na przestrzeni lat. Wiele planów dostępnych jest obecnie w internecie, mam też kilka papierowych. Nieocenioną pomocą była książka adresowa, ta sama, którą posługiwał się Jan, a także kartki pocztowe, które przy każdej okoliczności wydawali Niemcy. Nawet rozbiórka fortyfikacji  zasługiwała na uwiecznienie. Te widokówki można obejrzeć w internecie lub w katalogach wystaw poświęconych tym właśnie pocztówkom. Są one moim zdaniem najlepszym chyba źródłem wiedzy o wyglądzie miasta.

Mateusz jest zdecydowanie moją ulubioną postacią z Pani książek. Czy doczeka się kiedyś pierwszoplanowej roli? I co dalej z jego bratem?

Na razie nie myślałam o powierzeniu Mateuszowi  pierwszych skrzypiec, ale powodzenie, jakim cieszy się wśród Czytelników, sprawiło, że rozważam uczynienie zeń bohatera równorzędnego względem Jana, przynajmniej w jednej opowieści. A brat? Cóż, na pewno się jeszcze pojawi, bo tacy jak on zawsze wracają tam, gdzie im było wygodnie.

Niektórzy pisarze jeszcze przed napisaniem powieści mają dokładnie rozplanowaną fabułę, inni pozwalają bohaterom poprowadzić akcję. Do której grupy pani należy?

Zdecydowanie do pierwszej. Prace przygotowawcze, czyli zbieranie informacji i planowanie książki, zabierają mi znacznie więcej czasu niż samo pisanie. Gdy zasiadam do pisania, mam opracowaną i podzieloną na sceny całą fabułę, przygotowane tło historyczne i obyczajowe, rozplanowane tropy i zmyłki. Pozostawiam sobie oczywiście pewien margines swobody, ale nie dotyczy on spraw podstawowych. Raczej nie pozwalam też bohaterom, by przejmowali z moich rąk inicjatywę, ale zdarza się, że któraś z postaci tak świetnie daje sobie radę, że jej rola się rozszerza i z trzecioplanowej awansuje na drugoplanową.

Od czego zaczyna Pani pracę nad powieścią?

Zawsze zaczynam od ustalenia, kto kogo zabił i dlaczego. To jest fundament, na którym buduję cały gmach powieści. W drugiej kolejności obmyślam podejrzanych i ich motywy, dalej dobieram zjawisko historyczne, które zamierzam przybliżyć, i zagadnienie obyczajowe. W Zgubnej truciźnie tymi elementami są spółdzielczość wielkopolska i finał karnawału, ze szczególnym naciskiem na giełdę małżeńską.

„Giełda małżeńska” – jakie to piękne określenie! A ile czasu zajmuje zbieranie materiałów do kryminału retro?

W sumie to zbieranie trwa przez cały czas, od tego dnia, wiele lat temu, gdy kupiłam pierwszy album ze zdjęciami dworów. Potem doszły do tego kolejne albumy, roczniki „Tygodnika Ilustrowanego”, oraz opracowania ogólne, biografie i wspomnienia. Właściwie czytam przede wszystkim książki z XIX wieku lub o XIX wieku, więc te informacje wciąż się kumulują, a pliki puchną.

Oczywiście podczas pisania każdej książki konieczne było szczegółowe opracowanie węższych zagadnień – w przypadku Zgubnej trucizny były to Związek Spółek Zarobkowych, grafika i fałszerstwa banknotów – a wtedy nie mogę skorzystać z mojego banku informacji i pozostaje mozolne poszukiwanie faktów. Gromadzę ich zawsze zbyt wiele, więc potem muszę je równie mozolnie odsiewać i wycinać.

Ale to wyszukiwanie ciekawostek z najróżniejszych dziedzin jest niezwykle fascynujące, a ostatnio także znacznie łatwiejsze niż kiedyś, bo biblioteki cyfrowe udostępniają coraz ciekawsze materiały, na przykład wiele numerów „Tygodnika Mód i Powieści” i „Bluszczu”, które tak bardzo pomogły mi podczas pisania Zgubnej trucizny.

A dlaczego w ogóle postanowiła Pani zacząć pisać? I dlaczego akurat kryminał?

Nigdy nie planowałam zostać pisarką. Przez wiele lat pracowałam w branży bardzo odległej od pisania i książek. Gdy pewnego dnia musiałam z pracy zrezygnować, nagle się okazało, że mam czas. Postanowiłam więc napisać książkę. To miała być tylko jedna książka, chyba dla zapełnienia czymś luki, która się pojawiła.

Gdy tylko wpadłam na ten pomysł, od razu zdecydowałam się na kryminał, bo to mój ulubiony gatunek, a podobno każdy pisze to, co sam chciałby przeczytać. Od początku też wiedziałam, że akcja będzie się rozgrywać w przeszłości, w Wielkopolsce pod pruskim zaborem, i że wiele miejsca poświęcę codziennemu życiu ziemiaństwa w tym czasie. Tak to się zaczęło.

Jest Pani jedną z najbardziej tajemniczych polskich autorek kryminałów. Nie ma Pani w mediach ani na Facebooku, tak jak choćby Katarzyny Bondy czy Katarzyny Puzyńskiej. Dlaczego?

Nie nazwałabym tego tajemniczością. Jestem introwertyczką i lubię żyć w cieniu. Źle się czuję, gdy uwaga otoczenia skupia się na mnie, a już w zupełną panikę wprawia mnie występ przed kamerami. Myślę też, że książki pani Bondy i pani Puzyńskiej są zdecydowanie bardziej popularne niż moje, więc potrzeba pojawiania się obu tych pań w mediach jest proporcjonalnie silniejsza.

Na spotkaniu podczas ubiegłorocznego Międzynarodowego Festiwalu Kryminału mówiła Pani, że nie ma Pani czasu na czytanie kryminałów, bo czyta Pani właśnie źródła do swojej powieści. Ale może teraz, kiedy „Zgubna trucizna” od kilku dni gości na półkach w księgarniach, znalazła Pani chwilę na lekturę „kolegów po fachu” i poleci coś naszym czytelnikom? Albo wprost przeciwnie: coś Panią bardzo rozczarowało?

Pogrążyłam się w lekturze kryminałów, to prawda, ale tych z lat trzydziestych. Równolegle czytam powieści Jo Nesbø, bo – wstyd się przyznać – znałam dotąd tylko dwie. A w najbliższych dniach mam zamiar nadrobić inną zaległość i zajrzeć do Lipowa pani Puzyńskiej. Mam już trzy pierwsze tomy na półce „do przeczytania” i liczę na mnóstwo wrażeń.

Ma Pani ulubionych autorów kryminałów? A może ostatnio zachwycił Panią jakiś kryminalny serial lub film?

Zawsze lubię wracać do książek Agathy Christie, a z kryminałów historycznych do powieści Stevena Saylora i Borysa Akunina. A jeśli chodzi o seriale, jestem zaprzysięgłą wielbicielką najnowszej wersji przygód Sherlocka Holmesa.