Advertisement
Strona główna
Wywiad z Marcinem Wrońskim
poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Z pracą pisarza „jest jak z pracą stolarza”

Premiera Czasu Herkulesów, dziewiątej powieści Marcina Wrońskiego z cyklu o komisarzu Zydze Maciejewskim, już w tym tygodniu. Z tej okazji podpytaliśmy autora – przede wszystkim o najnowszą książkę, lecz także plany na kolejne, literackie inspiracje i... niezapomniane wrażenia kulinarne.

Image

fot. Max Pflegel

Ewa Dąbrowska: Mam wrażenie, że przy okazji poprzednich powieści zapytano Pana już o wszystko, więc spróbuję być oryginalna: co najbardziej lubi Pan jeść?

Marcin Wroński: Rozumiem kontekst, widzimy się co roku, więc musiała Pani zauważyć, że nieco przytyłem. Nie jem jednak dużo, chociaż lubię ostro i tłusto. Nie jestem szczególnie oryginalny w wyborze dań, za to chętnie opowiem o moim najcudowniejszym doświadczeniu kulinarnym. Było to cztery lata temu tuż przed Wielkanocą, gdy pracowałem nad Kwestją krwi i umówiłem się z Franciszkiem Znamierowskim, malarzem i jednym z właścicieli lubelskiego slow foodu „Zielony Talerzyk”, na piwo i żeby obejrzeć przedwojenne gazety po jego dziadku. Gości już nie było, bo za chwilę święta, kuchnia też zamknięta, i naraz Franciszek pyta mnie, czy nie zjadłbym autorskiego sernika jego siostry. Powiedziałem, że ze słodyczy to najbardziej lubię śledzie, na co on, że to jest sernik z chrzanem. Proszę pani, niepowtarzalna, cudownie rozpływająca się w ustach esencja Wielkiej Nocy, łącząca wszystkie świąteczne smaki i aromaty poza mięsem! Marcel Proust ze swoją magdalenką to przy tym jakieś nieporozumienie! Już po pierwszym kawałku byłem pewien, że kocham Marię Klarę Znamierowską. Po drugim mógłbym przysiąc, że jest to najwznioślejsze i najszczersze uczucie, jakie zalęgło mi się w sercu. Po trzecim gotów byłem zapytać Franciszka, czy nie miałby nic przeciw temu, abym oświadczył się jego siostrze. Jednakże gdy kończyliśmy blachę, nie miałem już wątpliwości, że nie jestem godzien drobiny uwagi kogoś tak utalentowanego. Dlatego pani wyznaję to pierwszej.

Sernik z chrzanem… chyba czas na eksperymenty w kuchni. A teraz już poważnie: Czas Herkulesów to dziewiąty tom o komisarzu Maciejewskim. Jak jednym zdaniem poleciłby Pan czytelnikom tę powieść?

Najbardziej kryminalny z moich kryminałów? Brzmi nieźle.

Co sprawiło Panu najwięcej trudności przy tworzeniu tej książki?

Miejsce akcji. Już prawie miałem zaplanowaną całą fabułę, a wahałem się, gdzie to powinno się dziać. Początkowo myślałem o Kazimierzu nad Wisłą, ale był za mały. Lublin odpadał, bo musiało to być gdzieś, gdzie komisarz Maciejewski nie czuje się jak u siebie. Zacząłem więc rozważać Chełm, chociaż to miasto znałem słabo, ale po spotkaniu z czytelnikami w tamtejszej bibliotece zdecydowałem się – Chełm okazał się w sam raz.

Nie jest tajemnicą, że dokładnie przygotowuje się Pan do pisania każdej powieści. Jak wyglądał research do Czasu Herkulesów?

Nie miałem już wiele czasu, więc była to dokumentacja cokolwiek na wyścigi. Myślę, że nie odbiło się to na samej powieści, ale czułbym się bardziej komfortowo, gdybym pomieszkał w Chełmie nieco dłużej, tak jak to było przy zamojskiej Kwestji krwi. Natomiast był to najbardziej komfortowy research, jaki tylko pisarz może sobie wyobrazić, bo zostałem otoczony opieką przez pracowników biblioteki – tu kłaniam się szczególnie Tomaszowi Moskalowi! – i wszystkie potrzebne informacje dostawałem natychmiast i na tacy. Sam prawie nic nie musiałem robić. Trzeba gdzieś podjechać? Telefon i jest samochód. Potrzebne źródła? Zaraz dostaję je mejlem albo czekają w bibliotece. Potrzebuję rozmowy z historykiem? Już umówiony. W końcu poczułem się wręcz osaczony, bombardowany miłością jak ofiara sekty, ale gdy wymknąłem się pochodzić po ulicach, to zaczepiali mnie przechodnie, którzy albo mnie rozpoznawali, bo czytali o Maciejewskim, albo już słyszeli, że piszę kryminał o Chełmie. Więc instynkt zbiega: ukryć się w kawiarni. Nie pomogło, bo właściciel zaraz zarządził kelnerkom, że ten pan u nas nie płaci. Takie rzeczy nie zdarzają się w prawdziwym świecie, przynajmniej nie mnie, a jednak… Tym bardziej podskoczyła mi ambicja, aby się nie zbłaźnić gotową książką.

W każdej książce cyklu wprowadza Pan prawdziwe postaci albo bohaterów silnie inspirowanych autentycznymi ludźmi (vide Trąbicz). W Czasie Herkulesów też ich oczywiście spotykamy, ale tym razem przygotował Pan dodatkową niespodziankę dla czytelników: w powieści pojawia się jeden z najbardziej znanych bohaterów polskiej fantastyki, Jakub Wędrowycz. Skąd taki pomysł? Uzgadniał Pan to z Andrzejem Pilipiukiem?

Oczywiście. Andrzej Pilipiuk należy do tych autorów, którzy chociaż nie piszą dla mnie i do mnie, to niezmiernie doceniam ich robotę i zawodowstwo. Zresztą on, chociaż nieco młodszy wiekiem i o wiele młodszy debiutem, był już zawodowym, popularnym pisarzem, gdy ja dopiero o to walczyłem. Tym bardziej cieszę się, że należy do wiernych czytelników cyklu o komisarzu Maciejewskim i zawsze pisze do mnie po przeczytaniu kolejnej książki. Zaś ktoś podobny do Wędrowycza po prostu pasował mi na jednego z bohaterów trzeciego planu, dlaczego więc nie użyć bohatera, który już istnieje? Andrzej Pilipiuk chętnie się na to zgodził, tym bardziej że w jednym z jego opowiadań o Wędrowyczu jest subtelne nawiązanie do Maciejewskiego i Skrzydlatej trumny. Podobnie było zresztą nieco wcześniej, gdy potrzebowałem wykorzystać w Kwestji krwi postać podobną do Teofila Olkiewicza z kryminałów Ryszarda Ćwirleja. Po co mnożyć byty? Zadzwoniłem do Ryszarda i zapytałem go, czy przypadkiem jego Olkiewicz nie miał może… ojca.

W zakończeniu Czasu Herkulesów możemy przeczytać, że ostatnią pozycją z dziesięciotomowego cyklu będzie zbiór opowiadań, nad którym właśnie Pan pracuje. Skąd pomysł na taką formę?

Powody są dwa, a nawet trzy. Po pierwsze, opowiadanie to obecnie jeden z najmniej docenianych gatunków, szczególnie w kryminale. Poza Internetem prawie nie ma gdzie ich publikować, kojarzą się głównie z warsztatowymi wprawkami do powieści i w ogóle niepoważnie. Tymczasem napisać dobre opowiadanie to sztuka przenikliwości i wyboru. Tu trudniej, w porównaniu z powieścią, zababrać braki konstrukcyjne stylem albo sceną dobrą samą w sobie. Może mniej roboty researcherskiej i samego stukania w klawiaturę, jednak pracy czysto twórczej tyle samo. Więc chociaż moje opowiadania będą długawe, zdecydowanie bardziej mikropowieści niż szorty, to sprawia mi wielką radość powrót do źródeł, bo chociaż myślę już zdecydowanie po powieściopisarsku, jednak właśnie opowiadaniami debiutowałem – to drugi powód, prywatny. A trzeci to moja niechęć do rozmydlania. Gdybym bardzo się uparł, z każdej z tych fabuł mógłbym wytworzyć osobną książkę grubą czcionką i z interlinią szerszą niż wersy. Takie tak zwane powieści drukuje się coraz częściej, ale nie jestem młodym wilczkiem bez skrupułów i byłoby mi zwyczajnie wstyd.

A gdzie i kiedy w tych opowiadaniach zawędruje Zyga?

To będzie uzupełnienie biografii śledczej komisarza Maciejewskiego z różnych etapów jego życia, a także pojawi się nowy bohater – syn Zygi, Olek, oficer MO. Słowem, będzie tam Zyga młody i będzie mogiła Zygi, nad którą jego syn pije wódkę, takie geny. Czytelnicy, których poprosiłem na swoim fanpage’u na FB o propozycje tematów, które powinienem podjąć w opowiadaniach, pisali, ku mojej radości, wiele o wątkach osobistych komisarza. Chciałbym tu uzupełnić luki w biografii bohatera, żeby zamknąć cykl i żeby faktycznie stanowił on całość do czytania nie tylko jako kryminały, ale też jako opowieść o człowieku, który całe życie musiał boksować się z Wielką Historią.

Co po Maciejewskim? Ma Pan już jakieś pisarskie – i niepisarskie – plany?

Jestem, proszę pani, nudnym człowiekiem, więc jakie mogę mieć plany niepisarskie? Chyba tylko takie, że odkąd byłem gościem w mieszkaniu Marka Krajewskiego, wyglądającym zacnie jak muzeum jego imienia, marzy mi się uporządkowanie i wyremontowanie własnego. No bo człowiek zawinie się, przyjedzie z tej okazji telewizja i co tu pokazać? Reportaż interwencyjny z tego wyjdzie zamiast programu ku czci. Natomiast planów pisarskich mam znacznie więcej, chociaż ich skonkretyzowanie zależy od rozmów z moim wydawcą. Najbardziej realnym jest kontynuacja współczesnego THRILLERa politycznego Officium Secretum, w którym chciałbym dobrać się do istniejących i potencjalnych teorii spiskowych na temat współczesnej Polski.

Powiedział Pan kiedyś, że przed napisaniem każdej powieści ma Pan gotowy schemat fabuły. Zdarza się Panu czasami od niego odejść, dać się porwać bohaterom albo jakiemuś dodatkowemu wątkowi, czy zawsze trzyma się Pan początkowych ustaleń?

Plany są po to, żeby je kwestionować i udoskonalać i w moim przypadku gotowa książka jest raczej wariacją na temat wstępnych założeń. Zwykle dopiero gdy zaczynam pisać, dostrzegam niedoskonałości planu czy możliwości podkręcenia akcji. Na warsztatach literackich nieraz opowiadałem o pracy nad jedną ze scen A na imię jej będzie Aniela, której pierwszy zapis w mojej partyturze wyglądał mniej więcej tak: „Konspiracyjne spotkanie – Maciejewski i Trąbicz; polecenie Trąbicza –> H. Fiszer”, ponieważ wiedziałem, że taka scena jest niezbędna dla rozwoju intrygi, natomiast nie miałem pojęcia, jak w szczegółach będzie ona wyglądała. Potem dodałem jeszcze „w kinie”, ale dopiero pisząc scenę, dostrzegłem, że jak bym nie kombinował, wychodzi nudno. Szybko dla kontrastu dodałem przerywniki opisujące to, co dzieje się na ekranie i co jest przeciwieństwem treści pokątnej rozmowy. Jednak to wciąż nie było to, dlatego połączyłem scenę z jedną z kolejnych, umieszczając dwoje innych postaci jako parę migdalącą się na widowni, i dopiero wtedy osiągnąłem pożądany efekt. Nie miało to jednak wiele wspólnego z emocjonalnym porwaniem autora przez bohatera ani inną rewolucją. Tak bywa zazwyczaj, czyli jest jak z pracą stolarza, który z góry wie, gdzie ma być deska, a gdzie wspornik, ale dopiero gdy przychodzi do ich połączenia, okazuje się, że coś należy przyciąć, a coś innego doszlifować, aby tworzyło estetyczną i funkcjonalną całość. Ale przy Kwestji krwi zdarzyło się coś, co mnie, przyznam, zawstydziło. Celne pytanie redaktorki uświadomiło mi, że nie wykorzystałem maksymalnie potencjału intrygi i w efekcie, mimo naprawdę niewielkich zmian treści, zabił kto inny, niż to było w planie. Bo z planem powieści jest trochę tak, jak ze stworzeniem świata w Księdze Rodzaju – półtorej strony na całą przyrodę nieożywioną i ożywioną, więc nie ma tu miejsca na takie szczegóły, jak atomy, DNA, mitochondria, trąba słonia czy kciuk przeciwstawny u naczelnych. To już wychodzi w robocie, ale gdyby nie plan, nie miałbym się od czego odbić, aby praca szła sprawnie i żebym nie musiał co stronę zadawać sobie pytania, o czym to właściwie ma być.

A ma Pan jakąś dzienną normę „stron do wyrobienia”, jak choćby Marek Krajewski czy Remigiusz Mróz? Czy nie narzuca Pan sobie takiej dyscypliny?

Narzucam sobie, natomiast wymienianie jednym tchem nazwisk Krajewski i Mróz uważam za obrazę dla stosowności. Rolls-royce’y z fiatami cinquecento łączy tylko to, że mają cztery koła.

Mam nadzieję, że zostanie mi to wybaczone. A ile średnio zajmuje Panu napisanie jednej książki?

Samo napisanie to kilka miesięcy, ale do tego trzeba dodać tyle samo pracy nad konceptem i dokumentacją oraz dodatkowe dwa poświęcone promocji, spotkaniom autorskim, wizytom na targach i festiwalach literackich. To przypomina rzetelną pracę rolnika, słowem, od zasiewu do zasiewu mija rok.

Ile jest Wrońskiego w Maciejewskim, a ile Maciejewskiego we Wrońskim? Znajdziemy w nich jakieś punkty wspólne?

Oczywiście! Obaj jesteśmy palaczami i obaj nie stronimy od trunków. Maciejewski pochłania jednak wódkę bez umiaru, podczas gdy Wroński woli dobre piwa i smakuje nalewki, które sam produkuje. Dlatego właśnie jedna z szaf Wrońskiego musiała zmienić przeznaczenie, dojrzewają tam ekstrakty. Maciejewski by wychlał, Wroński ma cierpliwość. Wroński nie zna się na sporcie i jedyne dyscypliny, które rozumie, to lekkoatletyka albo sporty walki. Dlatego docenia Maciejewskiego jako boksera, natomiast kompletnie nie ma pojęcia, co widzi on w futbolistach Unii Lublin. Pojęcia nie ma, jednak opisuje. Fakt, podobają nam się te same kobiety, jednak Wroński rozszerzył spektrum estetyczne, a Maciejewski nie.

Maciejewski nie jest jedyną intrygującą postacią w tym powieściowym cyklu – według mnie Róża jest równie ciekawa. Myślał Pan kiedyś o oddaniu jej głosu i napisaniu tekstu właśnie o niej, z jej perspektywy?

Róża jest ogromnie ciekawa i dla wielu wrażliwych czytelników, czytelniczek zwłaszcza, czytelna. Oddaję jej przecież głos w wielu powieściach – od Skrzydlatej trumny, gdzie wychodzą niezaspokojone potrzeby towarzyskie Róży, przez Portret wisielca, gdzie oboje działają w tandemie, po Pogrom w przyszły wtorek, w którym Róża musi wybrać między uczuciem a bezpieczeństwem dziecka – i to był heroiczny wybór wielu kobiet w trudnych latach. Powiem pani, że denerwuje mnie cholernie, gdy czytelnicy mi mówią albo piszą, że Róża to… zła kobieta. To dojrzała feministka na miarę prowincjonalnego miasta, a przy tym oddana swojej pracy pielęgniarka. Morfinę odstawiła. Moim zdaniem, jedna z piękniejszych postaci w cyklu, ale jej głos? Na całą powieść? Opowiadanie? Ciekawe, radykalne, tylko nie wiem jak.

Na razie doczekaliśmy się tylko krótkometrażowej animacji stworzonej na podstawie Pana powieści. A może szykuje się coś większego?

W tej chwili pracuję z moim ulubionym reżyserem teatralnym Łukaszem Witt-Michałowskim nad adaptacją Pogromu w przyszły wtorek, dużym spektaklem plenerowym. Jeżeli chodzi o plany filmowe, to sprzedałem prawa ekranizacji kilku powieści, ale nic konkretnego nie wiem o rozpoczęciu zdjęć, więc spokojnie czekam. Mam cierpką świadomość, że retro jest trudno filmowalne w polskich warunkach, bo drogie.

Na koniec pytanie, które na Portalu Kryminalnym musi paść: czytuje Pan kolegów „po piórze”? Ma Pan ulubionych autorów kryminałów, niekoniecznie polskich? A może to wśród autorów innych gatunków znajdziemy Pana literackich mistrzów?

Rzeczywiście, to pytanie nieuniknione, ale zawsze było dla mnie kłopotliwe. Niestety, moja erudycja we współczesnej literaturze od lat była słaba, bo zbyt wiele czasu zajmowało mi czytanie opracowań historycznych, czyli research. Teraz w dodatku czytanie beletrystyki zaczęło mnie fizycznie boleć, chociaż kiedyś to kochałem. Smutne skutki uboczne pracy pisarskiej – gdy przez cały dzień robię w fikcji, czytanie jej wieczorami to jakby namawiać listonosza na długie, relaksacyjne spacery. Wolę literaturę faktu i tu wspomnę Witolda Szabłowskiego z jego Sprawiedliwymi zdrajcami – w mojej ocenie to najważniejsza polska książka od Wielkiej trwogi Marcina Zaremby. Natomiast staram się przeglądać powieści kolegów po piórze i chociaż często odkładam je niedoczytane, to nie oznacza odrzucenia. Wielu po pisarsku szanuję jako zawodowców, mimo że nie jestem ich targetem. Domyśla się pani zapewne, że należy do nich Marek Krajewski, ale jestem także od lat pod wrażeniem pracowitości Ryszarda Ćwirleja, poszukiwań Mariusza Czubaja, determinacji Katarzyny Bondy czy konsekwencji Andrzeja Pilipiuka. To zawodowcy, których najlepsze cechy chętnie bym sam upchnął sobie w charakter. Można lubić ich książki lub nie, ale jedno pewne: zapracowali na sukces. Niestety „czas Krotonów i Herkulesów przeszedł i w sporcie zaczyna triumfować Ulisses”, jak napisałem w motcie Czasu Herkulesów za Teodorem Sztekkerem, zapaśniczym mistrzem świata lat międzywojnia.