Advertisement
Strona główna arrow Recenzje i wywiady arrow 444, Maciej Siembieda: recenzja
444, Maciej Siembieda: recenzja
piątek, 28 kwietnia 2017

Poszukiwacze zaginionego obrazu

Nie ukrywałam nigdy, że nie jestem fanką Dana Browna i gatunku, który dzięki niemu stał się popularny, czyli swoistego połączenia powieści sensacyjnej z THRILLERem historycznym. Spiski sięgające kilku wieków wstecz, religie, polityka – to nie dla mnie. Wolę kameralne, prywatne zbrodnie. Czasami jednak trzeba wyjść poza wygodne ramy i poszerzyć nieco horyzonty, zdarza mi się więc sięgnąć po ten niekoniecznie lubiany gatunek. Z różnym skutkiem. Niekiedy z trudem docieram do finału, ale częściej (na szczęście!) okazuje się, że lektura wcale mnie nie męczy i jest doskonałą rozrywką. Tak było choćby z „Bezcennym” Zygmunta Miłoszewskiego czy „Stołem króla Salomona” Luisa Montero Manglano. Teraz do tej listy mogę dopisać powieść „444” Macieja Siembiedy.

ImageMaciej Siembieda jest uznanym dziennikarzem: za swoje reportaże trzykrotnie zdobył nagrodę Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, zwaną „polskim Pulitzerem”. „444” nie jest jego pierwszą książką – autor opublikował już cztery zbiory reportaży oraz książkę o ich pisaniu. Teraz jednak zadebiutował jako powieściopisarz. Opowieść zaczyna się od obrazu: „Chrztu Władysława Warneńczyka” pędzla Jana Matejki. Według powtarzanych od wielu lat pogłosek malarz ukrył na tym płótnie wskazówkę dotyczącą arabskiej przepowiedni arby, zgodnie z którą co 444 lata, począwszy od roku 1000, wybraniec zyska szansę pojednania islamu z chrześcijaństwem. Obraz Matejki, namalowany w roku 1881, niewiele osób widziało, za to wielu przezeń zginęło, był kradziony, przemycany i ukrywany… Pewnego dnia do Jakuba Kani – prokuratora Instytutu Pamięci Narodowej, „złotego dziecka” polskiej prokuratury, mającego na swoim koncie kilka zakończonych sukcesem spraw – zgłasza się dziennikarz z rewelacjami na ten temat. Nie przyjeżdża jednak na umówione spotkanie, bo ginie w wypadku. Tylko – czy aby na pewno wypadku? Kania zaciekawia się tą sprawą. I trafia na mur. Ten mur nie miał początku ani końca. Ciągnął się z nieskończoności w nieskończoność. Nie widać było krawędzi jego wysokości, a przy tym był idealnie gładki. Słowem, nie dało się go ani obejść, ani się na niego wspiąć, aby iść dalej. Prokurator Jakub Kania był bez szans. Uwielbiał takie sytuacje.

Niejednokrotnie już wspominałam, że wszelkie książki łączące historię, spiski i przygody a’la Indiana Jones trzeba czytać z przymrużeniem oka, inaczej będą niestrawne. Tak samo jest tutaj. Pędzimy z „444” przez wieki (dosłownie – autor przenosi nas ze współczesności w wiek X, XV, XIX, wreszcie… XXIV), śledząc losy nie tyle samego obrazu, co niezwykłej przepowiedni. Bierzemy udział w bitwie Galisyjczyków z Maurami pod koniec pierwszego millenium, towarzyszymy królowi Władysławowi pod Warną, jesteśmy świadkami tworzenia „Chrztu Władysława Warneńczyka”… Ale nawet jeśli historia to dla Was (tak jak dla jednej z bohaterek powieści Joanny Chmielewskiej) ponury i krwawy melanż, złożony wyłącznie z wojen, potwornie licznych królów i rewolucji*, możecie być spokojni. Siembieda bowiem udowadnia, że historię tworzą konkretni ludzie, i tak ją właśnie pokazuje: z perspektywy jednostek. Poznajemy więc arabską księżniczkę, Władysława Warneńczyka, Jana Matejkę, przywódców islamskiego bractwa Bokira… Autor ujawnia przy tym mnóstwo przykurzonych ciekawostek, choćby tę o królu Władysławie Warneńczyku, który jakoby wcale nie zginął w bitwie pod Warną, czy o specyficznej żonie Jana Matejki. Głównym bohaterem pozostaje tu jednak współczesny prokurator i to jego losy śledzimy przez całą powieść. Jakub Kania jest inteligentny, przystojny, odnosi sukcesy zawodowe... Innymi słowy: to kolejny element powieści, który trzeba potraktować z przymrużeniem oka, bo wzięty na poważnie byłby niestrawny. Jest zbyt idealny!

Maciej Siembieda poświęcił studiom nad obrazem Jana Matejki „Chrzest Władysława Warneńczyka” kilkanaście lat. Efekt – książka stanowiąca trudny do rozplątania melanż historii i literackiej fikcji. Dla miłośników historii frajdą może być poszukiwanie w tej powieści prawdziwych zdarzeń i postaci. Dla tych, którzy za historią nie przepadają, „444” niech pozostanie wciągającą powieścią przygodową, napisaną lekko, przystępnie (na co spory wpływ mają wyraźny podział chronologiczny oraz krótkie rozdziały) i z humorem (mnie szczególnie ujęła scena, w której „jakiś dziadek”, czyli niegdysiejszy agent izraelskich służb specjalnych, rozkłada na łopatki dwóch dresiarzy na… polskim weselu). Innymi słowy: niemal każdy czytelnik znajdzie tu coś dla siebie.

* Joanna Chmielewska, Harpie, Warszawa 1999, s. 12.

Ewa Dąbrowska


444

Maciej Siembieda
Wielka Litera
Wydanie I
Warszawa 2017