Advertisement
Wywiad z Alex Marwood
piątek, 09 czerwca 2017

Nie mam nic przeciwko chick lit, ale chciałam zabijać ludzi

Bezpośrednia, roześmiana i zarażająca dobrym humorem – tak można w kilku słowach opisać brytyjską pisarkę Alex Marwood, która była gościem Międzynarodowego Festiwalu Kryminału Wrocław 2017. Zdecydowanie jest coś w powtarzanym przez nią twierdzeniu, ze autorzy kryminałów to wesołe towarzystwo!

Marwood

Ewa Dąbrowska: Czy to pani pierwsza wizyta w Polsce?

Alex Marwood: Tak.

ED: Pytam dlatego, że w pani najnowszej książce, zatytułowanej „Najmroczniejszy sekret”, pojawia się sporo Polaków. Zastanawiałam się więc, czy miała Pani okazję jakichś poznać, czy raczej bazowała Pani na opiniach znajomych bądź mediów.

AM: Czas, o którym piszę w książce, czyli rok 2004, był dziwny dla Wielkiej Brytanii. Nagle pojawiło się u nas mnóstwo ludzi, którzy nie potrafili mówić po angielsku. Polakom wystarczyło jednak parę miesięcy, by się dopasować, nauczyć języka i stać się częścią społeczeństwa. Angielscy robotnicy są w większości straszni: te ich wstrętne komentarze w stronę kobiet, nieustanne przerwy od pracy, lenistwo… A tu nagle pojawili się robotnicy, którzy noszą ubrania i faktycznie pracują! (śmiech) Pewnie, że dla części mieszkańców Wielkiej Brytanii te masowe przyjazdy Polaków po 2004 roku były „niewygodne” – pojawili się i zabrali im pracę. Ale to dlatego, że po prostu byli lepsi. Polacy jednak pojawiają się w mojej książce głównie po to, żeby pokazać inną stronę Seana [jednego z głównych bohaterów powieści – przyp. E.D.], to, jak jest chciwy: zatrudnia ich dlatego, że są tani.

ED: Obie pani babcie były pisarkami. Czyżby przeznaczenie zadecydowało, że pani również nią zostanie?

AM: Cóż, kiedy powiedziałam rodzinie, że zostanę pisarką, zareagowali: „Okej”.  Większość w takiej sytuacji odpowiada: będziesz biedny, kariera pisarza jest trudna… Ale w mojej rodzinie było dużo artystów, dlatego większy szok stanowiło oświadczenie mojego brata, który stwierdził, że zostanie prawnikiem (śmiech).

ED: A kiedy napisała pani pierwszą książkę?

AM: Miałam wtedy jakieś dziewięć lat. A jako dwunasto-, trzynastolatka dorabiałam sobie, pisząc gorące romanse. Oczywiście bazowałam przy tym wyłącznie na swojej wyobraźni, ale i tak dorobiłam reputacji kogoś, kto wie dużo na temat stosunków damsko-męskich (śmiech). Potem studiowałam literaturę angielską. Z perspektywy czasu uważam to za błąd: teraz wiem, że bardziej przydałaby mi się psychologia. Po studiach podejmowałam się wielu różnych prac. Napisałam wtedy dwie książki, ale nie zostały opublikowane. Doskonale to rozumiem – myślę, że każdy pisarz powinien napisać przynajmniej jedną „próbną” książkę, zanim stworzy coś naprawdę dobrego. A potem wpadłam w dziennikarstwo – tworzyłam na przykład krzyżówki. Bardzo to lubiłam, bo pozwalało mi się odciąć od świata i skoncentrować wyłącznie na słowach. Ale było to też dziwne doświadczenie: Brytyjczycy kupują gazety po to właśnie, by rozwiązać krzyżówkę, więc kiedy coś szło źle – a zdarzało się to często, bo krzyżówka jest na stronie ze sportem i jeśli pojawiał się jakiś ważny news, trzeba było zmienić skład i czasami coś się „sypało” – dostawałam od tysięcy ludzi wiadomości, że zrujnowałam im dzień (śmiech).

Później prowadziłam kolumnę o „biurowej antropologii” – udawałam, że jestem sekretarką w pracy tymczasowej. To było bardzo przyjemne doświadczenie, które miało również tę zaletę, że kiedy znudziło mi się opisywanie jakiejś grupy ludzi, po prostu „zmieniałam pracę” mojej bohaterce. W tym czasie zaczęłam dostawać listy od fanów. I to było niezwykłe: dziennikarze nie dostają listów od fanów, dostają listy od hejterów. Zorientowałam się więc, że może z tych tekstów wyjść fajna komedia – i ją napisałam. W rezultacie Serena Mackesy stała się autorką chick lit.

ED: I stąd pseudonim „Alex Marwood”.

AM: Tak, stąd pseudonim. Nie mam nic przeciwko chick lit, ale chciałam zabijać ludzi (śmiech). Co ciekawe, dużo brytyjskich autorów tego gatunku z czasem zaczyna pisać kryminały. Myślę, że z wiekiem happy endy zaczynają nudzić (śmiech).

ED: Są przewidywalne.

AM: Tak. Chociaż z drugiej strony: powieści kryminalne też są przewidywalne. Trudno o taką, w której ktoś nie zostanie zamordowany, prawda? Oczywiście możesz napisać o oszustwach – ale co w tym fajnego?

ED: A jednak pani powieści kryminalne trudno nazwać przewidywalnymi. Weźmy „Najmroczniejszy sekret”: zostawia pani sporo luźnych wątków.

AM: Tak, chciałam, żeby czytelnik miał szansę na własne przemyślenia i wnioski.  

ED: Czytałam, że powieść była inspirowana prawdziwą historią. Dostrzegam oczywiście podobieństwo do sprawy zaginięcia Madeleine McCann. Czy było coś jeszcze?

AM: Nie da się w Wielkiej Brytanii napisać powieści  o zaginionym dziecku, nie odwołując się do historii Madeleine. Brytyjczycy są nią zafascynowani. Jednak moją główną inspiracją było zaburzenie osobowości zwane narcyzmem. Chciałam napisać o tym, jaką szkodę osoby nim dotknięte wyrządzają ludziom dookoła siebie.

ED: Poznała pani kiedyś kogoś z narcystycznym zaburzeniem osobowości?

AM: Tak, myślę, że poznałam trzy czy cztery takie osoby. Co ciekawe, według statystyk jedna na piętnaście osób ma jakiś poziom narcyzmu. Według DSM* narcyzm jest tak samo poważnym zaburzeniem jak psychopatia i socjopatia. Łączy je brak empatii. Różnią się natomiast tym, że socjopata czerpie przyjemność ze szkód, które wyrządza innym, narcyz zaś skupia się na kontroli. Osoba z narcystycznym zaburzeniem osobowości zawsze przedstawia się jako skrzywdzona przez innych, jest skoncentrowana na sobie i nigdy nie widzi własnej winy. Oczywistym przykładem jest Donald Trump – i trudno powiedzieć, czy internet to wyolbrzymia, czy umniejsza.

ED: Porozmawiajmy jednak o literaturze, nie o polityce. Ma pani jakichś pisarskich idoli?

AM: Na pewno imponuje mi wiedza Patricii Highsmith (choć nie przepadam za jej książkami) i Ruth Rendell, piszącej kryminały pod pseudonimem Barbara Vine – obie skupiają się na tym, jak i dlaczego doszło do zbrodni, a nie na tym, kto ją popełnił. Piszą o głupich decyzjach, które się sumują i ostatecznie skutkują katastrofą.

ED: A jak pani pracuje: z planem, według schematu, od ósmej do piętnastej?

AM: Mam chaotyczny umysł i łatwo się rozpraszam. Nauczyłam się już, że jedyny sposób na to, żebym napisała książkę, to całkowite odcięcie się od świata. Zamykam się więc w sypialni z laptopem, nie wychodzę z niej i nie rozmawiam z nikim, dopóki nie skończę. To dlatego piszę jedną powieść na dwa lata. Co ciekawe, jakiś czas temu byłam na pogrzebie ciotki i przyjaciółka rodziny wygłaszała parę słów. Wspomniała między innymi o tym, jak po raz pierwszy zobaczyła moją babkę, słynną powieściopisarkę: leżącą w łóżku, z maszyną do pisania na kolanach, a kawą i popielniczką na stoliku obok. Mój brat w tym momencie odwrócił się, uszczypnął mnie i powiedział: genetyka.

ED: Czyli to faktycznie było przeznaczenie! A czy ma pani jakiś plan, kiedy zasiada pani do pisania książki?

AM: Zawsze wierzę, że mam plan, a potem wszystko się rozsypuje. Wiem, o czym chcę pisać – tak jak w przypadku „Najmroczniejszego sekretu” wiedziałam, że będzie o narcyzmie – i jak będzie wyglądać „główna” zbrodnia, mam kilka pomysłów dotyczących najważniejszych scen. Ale nic więcej. Muszę poznać bohaterów, dowiedzieć się, kim są. Dopiero wtedy wiem, jakie decyzje podejmą w sytuacjach, w które ich wrzucę. Przez większość czasu nie mam pojęcia, jak skończy się historia. Zakończenia „Zabójcy z sąsiedztwa” nie znałam, dopóki nie zaczęłam pisać fragmentu, w którym nastąpiło, czyli dwa rozdziały przed końcem. Miałam wrażenie, że nigdy nie skończę! (śmiech)

Wielu ludzi potrafi pisać tak, jak gdyby pracowali „na etacie”. Na przykład moja przyjaciółka Jenny Colgan pracuje codziennie dwie i pół godziny i w tym czasie pisze zwykle około trzech tysięcy znaków. To niesamowite. Ma trójkę dzieci, wielki dom, skomplikowane życie…

ED: Musi być niezwykle zorganizowana.

AM: O tak! Chciałabym tak umieć. Z kolei inny mój przyjaciel planuje sobie wszystko w Excelu. Nie umiem sobie tego wyobrazić. To takie nudne!

ED: A co pisze pani teraz?

AM: Zaintrygował mnie fenomen sekt, to, jak zniewalają jednostkę. Zacznie się wydarzeniem podobnym do masakry z Jonestown, tylko na mniejszą skalę. Ocaleją dzieci, które od urodzenia wychowywały się w sekcie, w  związku z czym są… dziwne. A to doprowadzi do katastrofy. Pracuję nad tym od stycznia, napisałam piętnaście tysięcy słów i myślę, że powoli dochodzę do rozdziału pierwszego. Wymyśliłam już, kto jest odpowiedzialny za to, co się wydarzy. Teraz tylko muszę napisać całą książkę (śmiech).

ED: Proszę opowiedzieć mi o powieściach, które Pani czyta.

AM: Czytam głównie Amerykanów i Brytyjczyków – „konkurencję” i przyjaciół. Uwielbiam książki Sarah Hilary, Gilllian Flynn, Laury Lippman, no i oczywiście Val McDermid – jednej z najbardziej pomocnych dla innych pisarek. Ostatnio największe wrażenie zrobiły na mnie „Lie with me” Sabine Durrant, „What remains of me” Alison Gaylin i „The Marsh Kings Daughter” Karen Dionne.

ED: A czego pani nie lubi?

AM: Powtórzę za Laurą Lippman: nie lubię książek, w których ginie piękna kobieta, a mężczyzna ma na tym punkcie obsesję. Nie czytam też zbyt wielu powieści policyjnych procedur, choć czasami muszę i bywam zaskoczona, że mi się podobało.

ED: Kto jest obecnie najpopularniejszym autorem powieści kryminalnych w Wielkiej Brytanii?

AM: Sądząc po liczbie sprzedanych książek: J.K. Rowling, która publikuje kryminały jako Robert Galbraith. Bardzo popularna jest też Claire Macintosh – choć napisała tylko dwie powieści, pierwsza* z nich zdobyła mnóstwo nagród, w związku z czym doskonale się sprzedaje.

ED: A czy doczekamy się ekranizacji pani książek?

AM: Na razie sprzedano prawa do ekranizacji dwóch moich książek. Prawa do „Dziewczyn, które zabiły Chloe” kupiło BBC, a do „Zabójcy z sąsiedztwa” – James Franco. Dzięki temu nazwisku nagle wszystkie znajome nastolatki stwierdziły, że jestem cool. (śmiech)

 

*  Klasyfikacja zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego.
 ** Wyd. pol.: „Pozwolę ci odejść”, tłum. M. Rychlik, Warszawa 2015.

 

Wywiad przeprowadzony podczas Międzynarodowego Festiwalu Kryminału Wrocław 2017.

fot. Max Pflegel /Wydawnictwo EMG