Advertisement
Wywiad ze Stefanem Ahnhemem
wtorek, 13 czerwca 2017

„Chcę, by opowiadane historie były częścią rzeczywistości”

Gościem Międzynarodowego Festiwalu Kryminału Wrocław 2017 był Stefan Ahnhem, szwedzki scenarzysta i autor powieści kryminalnych. Udało nam się z nim porozmawiać - nie tylko o pisaniu scenariuszy i książek, lecz także o muzyce, ulubionych lekturach i... George'u R.R. Martinie.

AhnhemAnna Rychlicka-Karbowska: Zanim zdobył Pan serca czytelników cyklem o Fabianie Risku, pisał pan scenariusze. Skąd pomysł, żeby zmienić formę opowiadania historii?

Stefan Ahnhem: Kiedy pisze się scenariusze, wszystko jest w kontrakcie. Każdy odcinek serialu o Wallanderze musiał trwać 89 minut i 54 sekundy i w tym czasie trzeba się było zmieścić z opowiadaną historią. A ja chciałem sam podejmować decyzję, ile będzie trwała historia i co dokładnie się wydarzy. W jednym z odcinków na przykład chciałem, by do momentu znalezienia zwłok minęło pięć minut, tak by nie było wiadomo, czy chodzi o morderstwo. Ale Niemcy upierali się, że już w pierwszej minucie powinno się pojawić ciało i od razu ma być wiadomo, że to ofiara morderstwa. Byłem takimi sytuacjami zmęczony. To jedna z przyczyn.

A.R.-K.: Chodziło więc o to, że tworzenie scenariuszy wiązało się ze zbyt dużymi ograniczeniami?

S.A.: Tak. Poza tym gdy scenariusz jest dobry, wszyscy przypisują sobie sukces, a gdy jest zły, winią za to scenarzystę. Przy produkcji filmów scenarzysta nigdy nie jest doceniany. Ważniejsi są reżyser, aktorzy czy producent. Scenarzysty nie zaprasza się na festiwale, pozostaje w cieniu. Miałem tego dosyć. Chciałem stworzyć własny świat. Teraz wszystko kręci się wokół mnie, wokół tego, co robię. To ja decyduję, a nie decyduje się o mnie.

Kiedy byłem scenarzystą, miałem swój deadline, a później musiałem czekać na decyzje producentów i innych osób. Musiałem więc pracować przy kilku projektach, bo nigdy nie było wiadomo, które z nich dostaną zielone światło. Obecnie wszystko się zmieniło. Teraz inni muszą czekać na mnie, na to, aż skończę książkę. To także jest stresujące, ale ten rodzaj stresu bardziej mi się podoba.

A.R.-K.: Zadebiutował pan w momencie, kiedy kryminał skandynawski był już bardzo popularny. Czy nie obawiał się pan, że trudno będzie się przebić?

S.A.: Wszyscy myślą, że skoro zalewa nas fala skandynawskich kryminałów, to znaczy, że w Szwecji łatwo zadebiutować. Tak nie jest. Konkurencja jest bardzo duża, trudno znaleźć wydawcę. Ale jeśli uda ci się tu zadebiutować, to znaczy, że twoja książka ma pewną jakość. A trudności z wydaniem sprawiają, że jest się lepiej przygotowanym na zdobywanie rynków zagranicznych. W Szwecji publikuje się jeden kryminał dziennie. Mam kolegów z innych państw, którzy odnoszą sukcesy na swoim rynku oraz w innych krajach, ale nie mają prawie żadnych szans na to, by wydano ich w Szwecji.

A.R.-K.: Czy pisanie kryminałów zmienia sposób, w jaki postrzega pan świat? Na przykład przyjeżdża pan do Wrocławia, idzie ulicami, parkiem i myśli sobie: o, tu mógłbym podrzucić jakieś ciało. Czy wybierając się w jakieś miejsce, patrzy pan na nie pod kątem pisania kryminałów, jak na potencjalne miejsce zbrodni?

S.A.: Podróże sprawiają, że przyswajamy pewne treści. Nie jest tak, że inspirują od razu, ale kiedy siadam do pisania – to może być nawet dwa lata później – przypominam sobie szczegóły, obrazy czy miejsca i myślę: to może być dobre, to mogę wykorzystać. Tak właśnie to działa. Trzeba najpierw przetrawić wchłonięte treści. Ale kiedy podróżuję, nie widzę wszędzie ciał. Nie chodzę ulicami i nie rozrzucam zwłok tu i tam.

A.R.-K.: Czy spisuje pan swoje pomysły? Ma pan zeszyt z inspiracjami, do których pan sięga?

S.A.: Tak, mam specjalny notatnik. Pierwszy kupiłem jakieś sześć, siedem lat temu. Znalazłem go w Palmie na Majorce. Był perfekcyjny, w skórzanej oprawie. Uwielbiałem go. Kiedy już go zapisałem, wróciłem do Palmy kupić taki sam, ale nie mogłem go nigdzie znaleźć. Wpadłem w panikę, bo nie mógłbym używać innego zeszytu. Szukałem wszędzie, między innymi w Kopenhadze i Londynie. Gdy w końcu znalazłem producenta we Włoszech, kupiłem od razu dziesięć notesów. Kiedy wszystkie je zapiszę, to może oznaczać, że nie będę miał już więcej historii do opowiedzenia.

A.R.-K.: W pana powieściach, podobnie jak w serialu „Most nad Sundem”, pojawiają się wątki współpracy szwedzko-duńskiej. Jak to wygląda w rzeczywistości? Czy sprawdzał pan, jak układają się stosunki pomiędzy duńskimi i szwedzkimi policjantami, czy to faktycznie jest współpraca, czy może jednak rywalizacja?

S.A.: Kiedy pisałem pierwszą książkę, „Ofiarę bez twarzy”, nie przeprowadzałem researchu na ten temat. W powieści pojawia się szef duńskiej policji, Kim Sleizner, który ma paskudny charakter, jest psychopatą. To wpływa na pracę całego wydziału. Zanim książka została opublikowana, poprosiłem o jej przeczytanie szwedzkiego policjanta, który powiedział, że współpraca z duńskimi stróżami prawa rzeczywiście nie jest łatwa. Myślę, że duńscy policjanci powiedzieliby to samo o szwedzkich kolegach. Pisząc, staram się podkreślić tę trudność, trochę ją wyolbrzymiając.

A.R.-K.: Wspomniał pan, że konsultował pan swój tekst ze szwedzkim policjantem. Czy współpracuje pan ze specjalistami z różnych dziedzin: kryminalistyki, psychologii itp.? Konsultuje pan z nimi to, co trafia do powieści?

S.A.: Moje książki nie mają charakteru dokumentalnego. Koncentruję się na tym, żeby napisać jak najlepszą powieść, opowiedzieć dobrą historię. Miejsce morderstwa musi być wyjątkowe, staram się stworzyć najlepsze sceny, jakie mogę sobie wyobrazić. Czasami czuję, że muszę dowiedzieć się więcej na konkretny temat. Wtedy szukam informacji w Internecie albo dzwonię do kogoś, kto ma większą wiedzę merytoryczną, na przykład do znajomej prawniczki. Umawiamy się na lunch i dyskutujemy o nurtujących mnie kwestiach. W drugiej powieści, „Dziewiąty grób”, zaginął minister sprawiedliwości. Ponieważ szukają go wszędzie, musiałem wybrać się do budynku ministerstwa. Spędziłem tam cały dzień w towarzystwie szefa ochrony, który pokazał mi, jak to miejsce wygląda, na przykład gdzie są kamery. Zawsze zaczynam od własnego pomysłu, to historia jest dla mnie najważniejsza i dopiero kiedy czuję, że muszę wiedzieć więcej, szukam konsultantów.

A.R.-K.: Czy te wszystkie miejsca, które występują w pana powieściach, istnieją naprawdę? Czy można ruszyć na wycieczkę śladami pana bohaterów?

S.A.: Tak, dziewięćdziesiąt pięć procent tych miejsc istnieje naprawdę. To miejsca, które znam, a jeśli nie znałem ich wcześniej, szukałem na Google Maps czy Street View. Jeśli ich nie zmieniono, to można się tam wybrać i zobaczyć, że wyglądają tak samo, jak w moich powieściach. Chcę, by opowiadane historie były częścią rzeczywistości.

A.R.-K.: Pana historie są bardzo dopracowane, wielowątkowe. Są w nich nie tylko wątki kryminalne, ale też inne, obserwacje społeczne itp. Trudno nad tym zapanować?

S.A.: Cały czas martwię się o to, czy zapanuję nad całością, ale moim celem jest stworzenie świata bogatego w różne charaktery, motywy, wątki fabularne. Nie chcę, żeby było zbyt prosto. Nie mogę dać każdej postaci osobnego rozdziału, ale chcę, by nawet ktoś, kto występuje tylko przez moment, kilka linijek, okazał się dla czytelnika interesujący. Oprócz głównych bohaterów pojawiają się też w moich książkach postaci mające niewielkie role, które w pewnym momencie mogą się okazać ważne. Na przykład w „Ofierze bez twarzy” pojawił się hinduski pracownik firmy telefonicznej, niewielka postać, która mnie zaintrygowała, więc w książce „Osiemnaście stopni poniżej zera” wykorzystałem go ponownie, dając mu większą rolę.

A.R.-K.: W takim razie, w jaki sposób stara się pan zapanować nad szczegółami, nad bohaterami, by nagle w połowie książki nie zmienić im koloru oczu? Jak się nie pogubić?

S.A.: Powinienem robić więcej w tej kwestii. Mieć większą kontrolę nad strukturą. Mam dokument z podstawowymi informacjami dotyczącymi charakterystyki bohaterów, ich nazwiskami, wiekiem, zajęciami. Kiedy zaczynam nową książkę, wiem jak potoczą się losy bohaterów i dlaczego tak się stanie. Jednak w trakcie pisania okazuje się, że wszystko się zmienia i bohaterowie nie chcą robić tego, co zaplanowałem. Czasami kiedy każę bohaterowi zostać w jednym punkcie, on nagle się oddala. I wtedy muszę się zatrzymać i pomyśleć, czy to jest dobre dla całości. Zdarza się, że muszę wracać do poprzednich książek i sprawdzać pewne fakty. Bywa też, że znajduję błędy w starszych powieściach i wtedy je poprawiam, by we wznowieniu ich uniknąć.

A.R.-K.: Fabian Risk nie jest typowym śledczym-samotnikiem z nałogami. Nie jest postacią idealną, popełnia błędy, musi mierzyć się z konsekwencjami.

S.A.: Wszyscy popełniamy błędy. Większość detektywów literackich to eksperci, pewni tego, co robią. A ja chciałem stworzyć taką postać, która denerwuje się, zastanawiając nad tym, czy wybrana ścieżka jest dobra, czy zła, postać bardziej zwyczajną, która z jednej strony czuje, jak powinna postąpić, ale z drugiej – nie ma daru przewidywania konsekwencji swoich czynów. Myślę, że to bardzo ludzkie, normalne, zwłaszcza w przypadku konfrontacji z tak trudnymi sytuacjami, jak zabójstwa.

A.R.-K.: Za błędy Fabiana Riska odpowiadają również jego bliscy, także ich dopadają konsekwencje. W jednym z wywiadów mówił pan o swojej sympatii do twórczości George’a R.R. Martina i w związku z tym przyszło mi do głowy takie pytanie: czy gdyby znudzili się panu pańscy bohaterowie, gdyby chciał pan zakończyć cykl, byłby pan skłonny zgotować swoim postaciom taki los, jaki spada na bohaterów Martina?

S.A.: George R.R. Martin wie, ile książek napisze, kiedy jego historia się skończy. Ja tego nie wiem. Często pytają mnie o to, ile książek z Fabianem Riskiem stworzę, i zawsze odpowiadam, że nie mam planu. Każda książka może być ostatnią. Ponieważ kolejne działania mają swoje konsekwencje, staram się domykać wątki na bieżąco, lecz historia może płynąć dalej. Ale gdybym planował zamknięcie serii na przykład po pięciu czy dziesięciu tomach, przypuszczam, że mógłbym postąpić z bohaterami tak, jak George Martin.

A.R.-K.: Myślał pan o napisaniu innego cyklu z innymi bohaterami lub zupełnie osobnej, jednotomowej historii?

S.A.: Tak. Na pewno powstanie taka powieść, niezwiązana z obecnym cyklem, i raczej będzie to pojedyncza powieść kryminalna lub miłosna. Ale teraz poświęcam czas wyłącznie Fabianowi Riskowi.

A.R.-K.: W pana książkach bardzo ważna jest muzyka. Czy pisząc konkretną scenę, słyszy pan w głowie muzykę, która mogłaby być doskonałym do niej podkładem?

S.A.: Nie jest tak jak w przypadku filmów, gdzie muzyka pisana jest pod poszczególne sceny. Muzyka, która pojawia się w książkach, prawie zawsze jest tą, której w danym momencie słucha Fabian Risk, na przykład kiedy prowadzi samochód, jest w domu lub ze słuchawkami na uszach pojawia się na miejscu zbrodni, by się skoncentrować, odizolować od reszty.

Muzyka jest dla mnie bardzo ważna. Chciałem, by mój bohater był jej pasjonatem. Risk lubi dobre wino, ale nie zna się na nim, nie pamięta nazw, za to wie wszystko o muzyce. Dostaję maile od czytelników, którzy słuchają playlist z piosenkami z książek i piszą do mnie, że to jest naprawdę dobre. W powieściach są utwory, które wszyscy znają, i takie, które nie są popularne, ale ja wiem, że to jest świetna muzyka i inni powinni ją poznać. To dla mnie rodzaj misji.

A.R.-K.: Jeśli wierzyć oficjalnym doniesieniom, Polacy niezbyt chętnie czytają książki. A jak jest w Szwecji? Szwedzi chętnie czytają, chętnie przychodzą na spotkania autorskie?

S.A.: To się zmienia. Myślę, że wskaźnik czytelnictwa w Szwecji spada. Wprawdzie ludzie wciąż czytają, ale ostatnio widać, że coraz chętniej słuchają audiobooków. To trafia także do młodych ludzi, przyzwyczajonych do słuchania podcastów. Często młodzi ludzie, gdy obejrzą na przykład serial „Gra o tron”, chętnie sięgają po audiobooki z powieściami. Dzięki możliwości słuchania tekstów wchodzą w świat książek. Czytają, słuchając.

A.R.-K.: Czy pisarz kryminalny czyta kryminały? Czyta pan książki swoich kolegów czy może sięga pan po zupełnie inną literaturę?

S.A.: Staram się poznawać różną literaturę. Czasem czytam kryminały, ale sięgam również po inne książki, od twórczości Eleny Ferrante po powieści science fiction i historie miłosne.

A.R.-K.: A czy ma pan za sobą taką książkę, która w jakiś sposób zmieniła pana życie? Którą poleciłby pan innym?

S.A.: Zmienić moje życie? To wielka sprawa. Mam swoje ulubione książki, na przykład „Tajemna historia” Donny Tartt czy powieści Philipa K. Dicka. Lubię także książki Stiega Larssona, którego twórczość w pewien sposób okazała się przełomowa. W tamtym czasie zajmowałem się pisaniem scenariuszy i czytając jego książki, myślałem, że może i mnie uda się kiedyś tak pisać. Larsson miał ogromną wyobraźnię. Przed nim wszystkie kryminały były bardzo realistyczne. Postać Lisbeth Salander nie jest realistyczna, ale jest ogromnie intrygująca.

Jeśli natomiast chodzi o zmienianie życia, to większy wpływ miały filmy. Kiedy miałem jedenaście lat, pierwszy raz widziałem „Gwiezdne wojny”. Wtedy nie było Internetu i, widząc plakat reklamujący film, nie mogłem sprawdzić informacji na jego temat. Widziałem tylko działający na wyobraźnię afisz z niekończącym się wszechświatem. Gdy obejrzałem film, sposób opowiadania tej historii zrobił na mnie ogromne wrażenie.

A.R.-K.: Czyli można powiedzieć, że dzięki „Gwiezdnym wojnom” został pan scenarzystą?

S.A.: Tak. Można tak powiedzieć.

A.R.-K.: To będzie już ostatnie pytanie. Dlaczego warto czytać pana prozę? W jaki sposób zachęciłby pan czytelników, by z tej całej masy kryminałów (nie tylko skandynawskich) wyciągnęli właśnie pana książki?

S.A.: Moje książki uzależniają. Wielu czytelników mówi, że gdy je otwierają, nie mogą się od nich oderwać. Jak już zaczną czytać, muszą skończyć. Historie w nich opowiadane są dość długie, ale wielu ludzi mówi, że przeczytało je w dwa, trzy dni. Nie ma w nich nudnych fragmentów. Myślę, że to jest główny powód, dla których te kryminały odnoszą sukces. Wielu moich kolegów pisze jedną książkę rocznie i ma jeszcze czas na grę w golfa. Mnie pisanie tak obszernych powieści ogromnie pochłania, ale dzięki temu powstaje kryminał, która wciąga, a czytelnik może się zatracić w wykreowanej przeze mnie rzeczywistości. I dlatego warto zacząć czytać książki o Fabianie Risku.

 

fot. Max Pflegel /Wydawnictwo EMG