| Przypadek Mariana P. - cz.2 |
| wtorek, 29 kwietnia 2008 | |
ODCINKI: 1 / 2 Marian P. serdecznie nienawidził swojego imienia. Nienawidził do tego stopnia, że ilekroć musiał się wylegitymować – nie, nie przed służbami, od służb Marian P. całe życie trzymał się z daleka - np. na poczcie przy okazaniu awizo, miał wrażenie, że cały świat dookoła podśmiechuje się z niego szyderczo. Pani w okienku, moherowa babuleńka w ogonku, czasem kanar, gdy Marian P. zapomniał biletu. I nawet sam fakt, iż 45-letniemu mężczyźnie wciąż nader często zdarzała się konieczność legitymowania nie irytował go tak, jak to nieszczęsne imię. Ba, a już szczytem irytacji („szczytem” to niefortunne słowo) było wykrzykiwanie tego imienia przez – i tu na szczęście mały lukier żywota – potencjalne (impotencjalne nie wchodziły w grę) kobiety Mariana P. w chwilach jednoznacznych. Kobiety, na których brak nigdy nie narzekał. O, Marian P. właściwie mógł narzekać na rzeczy bardzo niewiele: jako prywatny detektyw na mieście miał jako taką renomę, zarabiał nieźle, nigdy nie brakowało mu na porządne, staroświeckie ciuchy, taksówki czy solidne obiady w restauracjach. Marian P. mógłby być w pełni szczęśliwy, w pełni spełniony, i w pełni wszystko a nawet bardziej, gdyby nie to cholerne, frustrujące go imię. I choć było wciąż w obiegu wiele innych, o niebo bardziej niedzisiejszych imion – jak choćby Izydor, Gracjan, Wiesław, Adolf, Lucjan, czy kuriozalne imię Maria – to właśnie „Marian” działało nań inwazyjnie. A przyczyn tego stanu jakoś nigdy nie mógł sobie przypomnieć. Ot, „Marian” już od małego oznaczało zgrzytanie zębów.Krzywił się zatem teraz nasz Marian, gdy otwierał zaadresowaną do niego szarą kopertę, na której widniało diable liternictwo: P.T. Marian P., Inwestygator, adres …. „Pe-Te-Marian-Pe, Pe-Te-Marian-Pe! Psiakrew! Kopertę odebrał właśnie z kameralnej ajencji na Żydowskim Rynku (i znów dowód, i wiadomo, co…), i siedząc teraz w majowym słońcu, położywszy na stole ukochany, bogartowski kapelusz, podwinąwszy rękawy marynarki (łaty na łokciach), przy słomianym stoliku kawiarni Alkemikka, rozerwał ją grubymi paluchami i wsunął ostrożnie grubą dłoń do środka. Zapachniało zapiekankami, powiał rześki duch, świat westchnął i znów zanurzył się w cieple. Koperta była duża, tym mocniej zdziwił się Marian P., gdy, po długim myszkowaniu wyjął z niej tylko – mały, wytarty z obu stron pocztowy znaczek. I nic poza nim. Bez emblematu, bez pieczęci, bez życia. Szaro-biały, pomięty, anonimowy. Uniósł go pod światło w wyuczonym odruchu, ale także nic. Nie, zaraz… Coś wyblakłego, jakiś szlaczek… jakiś… Podwójna fala? - Dzień piękny, mój panie, bardzo piękny, nieprawdaż? Zarechotał ktoś nagle obok, a gdy P. zerknął w bok ujrzał – karła. Staruteńkiego, siwiuteńkiego karła. Człowieczek skłonił się usłużnie, uśmiechnął gumowatymi ustami i bez pytania wymościł się na krzesełku obok. - Panu, ja mam nadzieję, nie przeszkadza, że spocznę troszkię? Takie ciepło, trzeba odsapnąć, a tu akurat tylko koło pana miejsce… P. sprawnie zlustrował staruszka – elegancki, szyty na miarę garniturek, buro-zielona krata, napomadowane, siwiutkie włosy, czarne, wąskie wąsiki – i odparł uśmiechając się pod nosem: - Tak, proszę. Jak najbardziej. – P. uchylił nawet kapelusza, po czym natychmiast zgasił uśmiech i powrócił do lustrowania znaczka pod słońce. Zaraz jednak poczuł słodkie, zbyt słodkie perfumy, i znów spojrzał w stronę towarzysza. Młodziutka, zahukana kelnereczka podawała karzełkowi zimną szklanicę wody, wyraźnie speszona osobliwością klienta, choć ten uśmiechnął się doń miękko i wesoło. - Przepraszam panienkę… - P. zwrócił się do kelnereczki z lekko wykrzywionymi ustami – A co z moim zamówieniem, jeśli można? - Przepraszam… - dziewczę spłoniło się, skuliło w sobie, próbowało wygrzebać w pamięci zamówienie tego archaicznego (dziwne, ale od pierwszego spojrzenia tak o P. pomyślała) dżentelmena. – Zimna cytryniada z dżinem, o ile pamiętam, prawda? – z naciskiem podpowiedział P. uśmiechając się przy tym dość jednoznacznie. - Rzeczywiście, już podaję. Przepraszam pana najmocniej. – odpiszczało dziewczątko i czym prędzej zniknęło w chłodnych czeluściach lokalu. - Ta młodzież, proszę szanownego pana, to teraz taka nie uformowana. – wtrącił nagle staruszek, nie patrząc bynajmniej na P., lecz wystawiając rumianą twarz do słońca.. - Słucham pana? - Ja oczywiście wiem, że to odrobinę pachnie pokoleniowym brzęczeniem, hi hi… - staruszek zapiszczał bardziej, niż się zaśmiał. – Tak by to powiedziała moja wnuczka, pstrokata, proszę pana, jak młoda koza! - Pan ma wnuczkę? – odruchowo zapytał P., i odruchowo skarcił się w duchu za niegrzeczną dwuznaczność tego pytania. - Owszem, a nawet dwie. Bliźniaczki, proszę szanownego pana, obie, nie wiedzieć czemu, rude jak ogień, choć ani Irina, ani jej małżonek – tu staruszek jakby mocniej przełknął ślinę – nie są rudzielcami… Dziwne, nieprawdaż? - Czy ja wiem… to znaczy, czasem to chyba niezależne… - Marian P. sam przez chwilę zastanowił się nad tym, co przed chwilą, zupełnie odruchowo, powiedział. - Być może ma pan rację, szanowny panie. – staruszek otrząsnął się z opalania, i – o dziwo! – niemal jednym haustem wychylił swą, dość sporą , szklanicę, pozostawiając na dnie stukające kostki lodu. Wytarł usta kudłatą, pomarszczoną dłonią, i wsunął pod szklankę banknot. – Dwa, proszę szanownego pana, rude, zadziorne Wodniki, hi hi… - po tych słowach zsunął się z siedziska, skłonił P. , i bez słowa doczłapał w swoją stronę, by zaraz zniknąć po lewej, w Esterki. P. nagle poczuł się tak, jakby na moment się zdrzemnął: coś błysnęło mu prosto w oczy, zmrużył je boleśnie, lecz to tylko słońce odprysłe od szyby przejeżdżającej taksówki, a w następnej chwili smukły cień dziewczątka podającego mu zamówiony napój. „Proszę bardzo”, wyszeptała, i kiedy już chciała zabrać szklankę staruszka, P. błyskawicznie i intuicyjnie (skąd niby?...) nakrył ją dłonią. - Proszę zostawić, zapłacę za pana. - Oczywiście. – pisnęło stworzonko i znów czmychnęło do dziury. P. jednak tyle zamierzał zapłacić, ile… Podnieść szklankę, przyjrzeć się złożonemu na pół kartonikowi, który wziął za banknot, rozłożyć go szybko… i błyskawicznie przesadził mikre ogrodzenie, jednym susem doskoczył na róg rynku i Esterki… Karzełka już jednak nie dojrzał. Mógłby przebiec ulicę, nogi miał przecież dłuższe, ale coś mu mówiło, a było to nadzwyczaj jasne i bezsporne, iż karzełka już nigdzie nie dopadnie. Zsunął spokojnie kapelusz na czoło. Wrócił na swe miejsce, i powoli, delikatnie, jeszcze raz rozłożył kartonik, w którym… /Salvador Papillon/… wycięto dziurę, kwadratowy, wyszczerbany otwór. Na znaczek. I to, oczywiście, na TEN znaczek… Lecz kiedy nasz P. przymierzył, okazało się, iż jednak nie na TEN. Kwadrat był odrobinę mniejszy. Na kartoniku nie było nic, ot, biała przestrzeń, poza miniaturowym nadrukiem na skraju. /Marzena Fugiel/
Prześlij kontynuację historii! Przyjmujemy materiał o objętości maksymalnie 1 strony znormalizowanego formatu (Ariel, czcionka 12). Zastrzegamy sobie prawo do redagowania tekstów na potrzeby spójności tekstu. Przesłanie fragmentu jest równoznaczne ze zgodą na publikację w Stylusie PK!Na uczestników czekają nagrody!Komentarze mogą pisać tylko zarejestrowani użytkownicy.
|


























