Advertisement
Strona główna arrow Recenzje i wywiady arrow Świt, który nie nadejdzie, Remigiusz Mróz: recenzja
Świt, który nie nadejdzie, Remigiusz Mróz: recenzja
środa, 30 sierpnia 2017

W rozsypce

Niezależnie od tego, co się mówi i jak się żartuje z nadproduktywności pisarskiej Remigiusza Mroza, przyznać trzeba, że to autor inteligentny, kreatywny i z całą pewnością utalentowany. Trochę w tym swoim ciągu artystycznym przypomina on zresztą Andrzeja Pilipiuka, znanego wśród „fantastów” z tego, że tworzy wiele i nie każda jego produkcja jest wybitnym arcydziełem. Bo, umówmy się, nie sposób pisać bardzo dużo i bardzo dobrze, ponieważ nie tylko o dar tu chodzi, lecz i o czas na dopieszczenie tekstu, pracę o nieco innym charakterze. Zgadzam się, że ogromnie wiele zależy też od redaktora książki, lecz po stronie autora także leży niebywała wprost odpowiedzialność za jakość literackiej produkcji.

ImageRzekłam już, że Mroza darzę sympatią recenzencką, choć zdarzyło mi się napisać kilka niezbyt przychylnych zdań o jego powieściach. Tym razem też tak uczynię, ponieważ „Świt, który nie nadejdzie” jest utworem, w którym dobry pomysł zmarnowano na melodramatyczne zwroty akcji, by finał zostawić odłogiem. Jest to najpoważniejszy zarzut, jaki mogę wobec autora wytoczyć, jako że lektura była niezwykle przyjemna, bo – jak zawsze – narrację poprowadzono zamaszyście, barwnym, pełnym dynamiki językiem, dialogi były potoczyste, pomysły na postaci zgrabne, a koncept osadzenia akcji w realiach Warszawy tuż po I wojnie światowej – wyborny i wciąż jeszcze świeży.

Gdybyż jednak wszystko tu było – ach – takie właśnie wyborne i świeże. Niestety, podobnie jak w innej powieści tego autora, przeważyła samobójcza skłonność do wyciągania królika z kapelusza (ładniej się to zwie deus ex machina) i ratowania bohaterów cudownymi metodami z największych nawet opresji. Mówiąc językiem serialowo-filmowym, Mróz „dżampnął szarka” tyle razy, ile w „Modzie na sukces” zmieniały się damsko-męskie konfiguracje, nie dając najmniejszych szans logice i zdrowemu rozsądkowi, których jednak oczekuje się po autorach narracji kryminalnych. W dodatku autor zdecydował się na powielenie tej maniery, czyniąc z magicznych omalże wybrnięć ze śmiertelnych pułapek jakiś zdumiewający leitmotiv tej powieści.

A zapowiadało się to wszystko całkiem zacnie, od pierwszych scen począwszy, gdy główny bohater, Ernest Wilmański (uwielbiam pomysły imienne i nazwiskowe Mroza, tak jakoś mu się to zawsze zgrabnie klei), typ trochę spod ciemnej gwiazdy, ale oczywiście z prawie szczerozłotym sercem, dociera do Warszawy. Czarując pierwszymi akapitami, pisarz zaczyna mocnym akcentem, od razu pokazując, że los protagonisty nigdy nie będzie łatwy (wiemy zresztą, jakie okropieństwa autor wymyśla dla swoich postaci), a jego droga – nieustannie pełna zakrętów i mrocznych wyborów. Gdy dodać do tego naturalistycznie opisaną rzeczywistość, mocno zbrutalizowany obraz przestępczego półświatka i odór niespecjalnie eksponowanej w szkolnych podręcznikach prawdy historycznej, książka wydaje się naprawdę znakomita. Jednak im bardziej Wilmański wikła się w relacje z szemranym towarzystwem, im bardziej pogmatwana staje się jego biografia, im mniej prawdopodobne stają się zwroty akcji, tym trudniej jest o akceptację dla tej lektury. Przez moment miałam skojarzenia z cyklem Borisa Akunina o Fandorinie, ale i one uleciały, cynicznie zgniecione przez ciężar niedopracowania. Nawet jeśli Mroza inspirowali inni autorzy, to nie potrafił on wyzyskać potencjału tkwiącego w jego własnym pomyśle. A zostawiając czytelnika z niedosytem w postaci otwartego (chciałoby się rzec – na oścież) zakończenia, autor nie zasłużył już na żadną pochwałę.

Ksenia Olkusz
 
Świt, który nie nadejdzie
Remigiusz Mróz
Wydawnictwo Czwarta Strona
Poznań 2016

 

RECENZJE INNYCH POWIEŚCI REMIGIUSZA MROZA:

ImageImageImage
ImageImageImage
ImageImageImage

 Image

 

 

 

 

 

 

 

RECENZJE TRYLOGII Z WYSP OWCZYCH:

ImageImage Image
Wywiad z Remigiuszem Mrozem