Advertisement
Strona główna arrow Recenzje i wywiady arrow Mock. Ludzkie zoo, Marek Krajewski: recenzja
Mock. Ludzkie zoo, Marek Krajewski: recenzja
środa, 06 września 2017

Buty Ebiego Mocka

Moje pierwsze spotkanie z Mockiem należało do trudniejszych doświadczeń, a miłość do tego bohatera nie była taką od pierwszego wejrzenia. Nie to, że nie lubię łaciny, po prostu nie zawsze odpowiadały mi motywacje kierujące protagonistą, niespecjalnie też nadążałam za jego szczególnej konduity kompasem moralnym. Tym jednak, co zdołałam polubić, było upodobanie do eleganckich strojów, niebanalnych tkanin i doskonałych wyrobów skórzanych, a z całą resztą oswoiłam się później. Czemu zaczynam od obuwia? Bo jakoś tak buty bohatera (ich stan lub ich brak) stały się dla mnie leitmotivem powieści „Mock. Ludzkie zoo”, sygnałem aktualnego statusu i stanu policjanta, a także poprowadziły mnie czytelniczo od ulic Wrocławia aż do afrykańskiej dżungli. Długa droga, prawda?

ImageDroga ta zresztą była długa nie tylko w sensie fabularnym, lecz także konstrukcyjnym, bo to, co zaczynało się omalże jak komedia z kilkoma absurdalnymi zwrotami akcji, w finale stało się tym, czym było zawsze, a więc opowieścią mroczną, odsłaniającą najbardziej makabryczne ludzkie wynaturzenia, zboczenia i perwersje. Trzeba przyznać, że Krajewski sprawę rozwikłał koncertowo, najpierw wygrywając na nucie humorystycznej, sprowadzając rzecz do prostego dylematu Mocka, czy zakończyć kilkumiesięczny romans, czy może jednak się ożenić (te wahania towarzyszą czytelnikowi przez całą powieść, choć wiadomo przecież, że bohater nigdy nie miał szczęścia w życiu osobistym, a jeśli miał, to krótko i kończyło się tragicznie). Okazuje się jednak, że niedoszła/przyszła narzeczona, Maria, ma poważniejszy problem niż jakieś romantyczne perturbacje z Eberhardem, bowiem przekonana jest, że w jej mieszkaniu panoszą się ni mniej ni więcej, tylko zjawy. Wyją po nocach a to głosami dzieci, a to kobiet i zakłócają młodej niewieście sen. I choć nikt poza nią tych hałasów nie słyszy (jej matka jest przygłucha, a sąsiad nieustannie pijany), ostatecznie wplątuje ona Mocka w coś w rodzaju śledztwa. I kiedy już zostanie ono podjęte, to od komedii do tragedii droga niedaleka, a i brudne buty Ebiego mają wiele wspólnego z tym, z czym przyjdzie się zmierzyć ich właścicielowi.

Jak zwykle Krajewski nie oszczędza swojego bohatera, każąc mu nie tylko ścierać się z przeciwnikami stojącymi wyżej w społecznej hierarchii, lecz także z ludźmi, którzy na miano ludzi absolutnie nie zasługują. To zło, które autor cyklu o Mocku bezustannie obnaża, demaskując kolejne bestialstwa, do jakich zdolne są jednostki, jest złem tkwiącym w człowieku i  każdorazowo z nim związanym. Powieści Krajewskiego to studia wynaturzeń, a „Ludzkie zoo” jest w pewnym sensie sumą tego, co dotychczas zrozumieli już wszyscy podejmujący się ich lektury – że nie ma granicy, jakiej ludzka kreatywność w krzywdzeniu nie mogłaby przekroczyć. Ponieważ zdradzić bym musiała całą tajemnicę związaną z głównym wątkiem, na tych wzmiankach poprzestać powinnam.

Dodam też, że pomysł, by dopisywać Mockowi kolejne punkty biograficzne i tym samym uzasadniać to, co wcześniej zostało już o nim napisane, jest bardzo fortunny. Ostatecznie pokazanie, jak bardzo zmienia się ktoś poddany trudnym, brutalnym zbiegom okoliczności, jest jak najbardziej trafione i uzasadnia to, czego z początku pojąć nie mogłam, a więc wszystkie późniejsze zachowania Eberharda. Pewną słabością tej powieści, mimo bogatego i dokumentowanego też w Posłowiu rozpoznania, jakiego dokonał autor w rozmaitych dziedzinach, jest nagminne wybawianie bohatera z opresji przy użyciu manewru deus ex machina. Nikt nie ma tyle szczęścia, mając w życiu tak wiele nieszczęścia, i to czyni te sceny dość mało wiarygodnymi.

Na końcu dodam rzecz, która zapewne nie zostanie przyjęta z entuzjazmem, lecz z kronikarskiego obowiązku wspomnieć o tym muszę. Nic bardziej nie szkodzi znakomitej fabule i szanowanemu autorowi niż błędy ortograficzne, których ogrom w tej powieści przerażał równie mocno, jak ludzkie zło.

Ksenia Olkusz


Mock. Ludzkie zoo

Marek Krajewski
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Kraków 2017

 

RECENZJE INNYCH POWIEŚCI MARKA KRAJEWSKIEGO:

Image Image
Image Image