Advertisement
Strona główna arrow Fragmenty arrow Lot 7A, Sebastian Fitzek: fragment
Lot 7A, Sebastian Fitzek: fragment
wtorek, 07 listopada 2017

Sebastian Fitzek

„Lot 7A”

Przekład: Barbara Tarnas

Są dwa rodzaje błędów. Takie, które pogarszają ci życie, i takie, które je kończą. Nele słuchała słów wypowiadanych przez szaleńca. Wymamrotanych, przytłumionych, wysapanych. Nie widziała jego ust. Mężczyzna miał na twarzy maskę oddechową do treningu wysiłkowego. Czarną, z elastycznego neoprenu, z białym przekręcanym zaworem w okolicy ust. Sportowcom służy ona do podwyższania wydolności. Psychopatom do zwiększania rozkoszy.
– Na coś takiego naprawdę nie mam teraz najmniejszej ochoty – powiedziała Nele głośno, zupełnie jakby to mogło cokolwiek zmienić. A kiedy zamaskowany mężczyzna rozwarł obcęgi do cięcia prętów, przełączyła program.
Gorąca jesień muzyki ludowej.
Z deszczu pod rynnę. Nic ciekawego nie ma w tej telewizji. Chociaż z drugiej strony nic dziwnego. Kto z własnej woli siedzi przy telewizorze tuż przed wschodem słońca.
Niecierpliwie uderzała językiem o przednie zęby, przełączając kolejne kanały, aż zatrzymała się na telezakupach.
Gospodarstwo domowe Ronny’ego.
Najnowsze sprzęty kuchenne prezentował mężczyzna, który wyglądał, jakby zużył do makijażu cały tusz: cynobrowa skóra, błękitne wargi i śnieżnobiałe zęby.
Właśnie wrzeszczał do potencjalnych klientów, że zostały już tylko dwieście trzydzieści trzy sztuki supermegaurządzenia do gazowania wody. Coś takiego bardzo by się Nele w ostatnich miesiącach przydało. Nie musiałaby wtedy sama taszczyć na górę zwrotnych butelek z wodą.
Czwarte piętro, oficyna, Hansastraβe w dzielnicy Weiβensee. Czterdzieści osiem wyślizganych schodów.
Liczyła je każdego dnia.
Jeszcze lepszy od urządzenia do gazowania wody byłby oczywiście silny mężczyzna. Zwłaszcza teraz, w jej stanie – całe dziewiętnaście kilo więcej niż jeszcze dziewięć miesięcy temu.
No, ale sprawcę sama przegnała do wszystkich diabłów.
– Czyje to? – spytał David, ledwie poinformowała go o wyniku testu.
Niespecjalnie to właśnie chciałoby się usłyszeć, kiedy po powrocie od ginekologa człowiek podświadomie szuka solidnego oparcia w szalejącej burzy hormonów.
– Przecież ani razu cię nie tknąłem bez gumki. Niech to szlag, teraz też będę musiał sobie zrobić testy.
Siarczysty policzek obwieścił zakończenie związku. Tyle tylko, że to nie ona wściekle rozdawała ciosy na prawo i lewo, tylko on. Głowa poleciała jej w bok i Nele straciła równowagę. Upadając, przewróciła szafkę z płytami CD i była teraz łatwym celem dla swojego gacha.
– Czy ci całkiem odbiło?! – wrzasnął, dając jej kopniaka.
A potem następnego i jeszcze następnego, w plecy, w głowę i oczywiście w brzuch, który rozpaczliwie chroniła rękami, łokciami i dłońmi. Skutecznie. David ani razu jej tam nie trafił. Zarodek nie został uszkodzony, nie poroniła embrionu.
– Nie dam sobie podrzucić chorego bachora, żebym przez całe życie musiał na niego bulić! – wrzeszczał do niej, ale przynajmniej przestał kopać. – Już ja się o to postaram.
Nele pomacała miejsce na kości policzkowej, gdzie trafi ł ją szpic buta Davida, o włos mijając oko. Za każdym razem nieznośnie pulsowało, kiedy myślała o dniu ich rozstania.
David nie pierwszy raz się wtedy wściekł. Ale był to pierwszy raz, kiedy podniósł na nią rękę. Był prawdziwym wilkiem w owczej skórze, który w towarzystwie rozsiewał nieodparty osobisty urok.
Nawet najbliższa przyjaciółka Nele nie chciała uwierzyć, że ten tryskający humorem człowiek, pozornie idealny wzorzec zięcia, ma też drugą, brutalną twarz, którą przezornie pokazuje tylko wówczas, kiedy wie, że nikt go nie widzi, i może być pewny swego.
Nele miała sobie za złe, że zawsze musi trafi ć na takiego właśnie typa. Już w jej wcześniejszych związkach dochodziło do rękoczynów. Może ci wszyscy faceci, mając przed sobą taką jak ona, po części dziecinną, a po części jednak arogancką osobę, widzą w niej nie  tyle kobietę, ile raczej krnąbrną dziewczynkę, której się nie pożąda, tylko ma na własność. Z pewnością też nie bez wpływu na to, że wszyscy widzieli w niej tylko ofiarę, była jej choroba.
No i dobrze, David Kupfer to już przeszłość, pomyślała Nele z poczuciem wewnętrznego zadowolenia. A we mnie rośnie przyszłość.
Na szczęście nigdy nie dała temu łajdakowi klucza od mieszkania.
Kiedy go wyrzuciła, przez dłuższy czas zachowywał się jak stalker. Bombardował ją telefonami i listami, w których za pomocą najróżniejszych argumentów usiłował namówić ją do aborcji („Przecież jako piosenkarka nie zarabiasz nawet na siebie”), czasem były to nawet groźby („Szkoda by było, gdybyś pewnego dnia potknęła się na ruchomych schodach, nie?”).
Dopiero po trzech miesiącach, kiedy upłynęły wszystkie możliwe terminy legalnej aborcji, zrezygnował i wreszcie zerwał z nią wszelki kontakt. Pomijając wielkanocny koszyczek, jaki w Poniedziałek Wielkanocny znalazła pod drzwiami mieszkania. Przystrojony jak dziecięca kołyska. Z różową poduszeczką i mięciutkim kocykiem okrywającym martwego szczura.
Nele aż się wzdrygnęła, kiedy znowu sobie o tym przypomniała, i wsunęła dłonie między poduszki kanapy, żeby je ogrzać, chociaż w mieszkaniu wcale nie było chłodno.
Jej najlepsza przyjaciółka radziła jej, żeby zawiadomiła policję, ale co by to dało? Przecież nie potrafili sobie poradzić nawet z tym czubkiem, który od tygodni przecinał opony w co trzecim samochodzie stojącym na ulicy. Przecież z powodu martwego szczura nie postawią posterunku pod domem.
W każdym razie Nele zadała sobie tyle trudu, żeby na swój koszt wymienić zamki w drzwiach, na wypadek gdyby David mimo wszystko miał dorobiony klucz.
W gruncie rzeczy była mu nawet wdzięczna. Oczywiście nie za pobicie i nie za padlinę w koszyku, ale za te wszystkie obraźliwe rzeczy, które do niej mówił.
Gdyby był spokojny, to być może posłuchałaby głosu rozsądku. Że donoszenie dziecka wiąże się ze zbyt wieloma zagrożeniami. Z drugiej strony wirus HIV, dzięki wczesnej kuracji, był w jej krwi prawie niewykrywalny, więc ryzyko zarażenia było bliskie zera. Ale jednak tylko bliskie.
Czy powinna się na nie godzić? Czy mając dwadzieścia dwa lata, w ogóle zdolna jest podołać takiej odpowiedzialności? Dziecko. Bez finansowego zabezpieczenia? Kiedy matka dawno już umarła, a ojciec wyniósł się za granicę? Wszystko to były wystarczająco dobre powody, żeby zrezygnować z dziecka i skupić się na karierze wokalistki. Zrezygnować z opuchniętych nóg, brzucha jak balon i kontynuowania skazanego na porażkę związku z tyleż przystojnym, co cholerycznym drobnym artystą, zarabiającym na życie magicznymi sztuczkami i występami na dziecięcych urodzinach czy firmowych imprezach.
(David Kupfer to oczywiście nie było jego prawdziwe nazwisko, tylko żałosne nawiązanie do jego wielkiego idola, Davida Copperfielda).
Spojrzała na zegarek.
Jeszcze dwadzieścia pięć minut do przyjazdu taksówki.
O tej wczesnej porze za niecałe pół godziny będzie w szpitalu. O godzinę za wcześnie. Przyjęcie miała wyznaczone na siódmą. Operację trzy godziny później.
To było nierozsądne, pomyślała Nele, gładząc brzuch obiema rękami, ale jednak słuszne.
Czuła tak nie od momentu, kiedy jej lekarz rodzinny doktor Klopstock namówił ją do utrzymania ciąży. Nawet bez terapii ledwie co piąty noworodek przychodził na świat zarażony HIV. Przy jej doskonałych wynikach i wszelkich możliwych środkach ostrożności, jakie stosowano w trakcie opieki nad pacjentkami takimi jak ona, możliwość takiego obrotu sprawy była mniejsza niż trafienie pioruna w porodówkę.
Ale i coś takiego pewnie się już zdarzyło.
Nele nie miała jeszcze imienia dla tego cudu, który się w niej rozwijał. Nie wiedziała nawet, czy będzie to chłopiec czy dziewczynka. Było jej to po prostu obojętne.
Cieszyła się na obecność w swoim życiu drugiego człowieka, niezależnie od tego, jakiej będzie płci. Przerzuciła na kolejny program i nagle znowu zrobiło jej się gorąco. To też było coś, za czym tęskniła, kiedy po porodzie będzie już miała swoje ciało znowu wyłącznie dla siebie: że wreszcie skończą się uderzenia gorąca. Nele właśnie zamierzała wyciągnąć dłonie spomiędzy poduszek, kiedy palce prawej ręki natrafiły na coś twardego.
Co jest?
Czy to może te kolczyki, których od tak dawna szuka?
Pochyliła się na bok i właśnie macała palcami, szukając zaklinowanego przedmiotu, kiedy poczuła nagły, ostry ból.
– Au!
Wyjęła dłoń spomiędzy poduszek i zdziwiła się, widząc kroplę krwi na czubku wskazującego palca. Palec pulsował, zupełnie jak po ugryzieniu przez jakiegoś owada. Przestraszona włożyła palec do ust i oblizała krew. Potem obejrzała rankę. Niewielkie nacięcie, zupełnie jak zrobione cieniutkim ostrzem.
Co, u diabła?…
Wstała i poczłapała do biurka, gdzie w górnej szufladzie  miała pudełko z plastrami. Kiedy ją wysuwała, jej wzrok padł na folder z wakacyjną ofertą na Rugii. David chciał z nią tam spędzić walentynki. Wtedy, w tym innym czasie.
Jedynym, co Nele mogła zapisać na plus swojemu byłemu, był fakt, że nie zostawił jej zaraz na pierwszej randce, jak większość jego poprzedników, kiedy mu powiedziała, że trzy razy dziennie musi zażywać garść tabletek, żeby nie zachorować na AIDS. Nele naprawdę była przekonana, że on jej uwierzy, że nie jest żadną dziwką ani narkomanką. Że nie zaraziła się od igły ani przy okazji przygodnego seksu z nieznajomymi. Tylko od motyla.
Wyglądał pięknie i cały czas nosiła go przy sobie. Na wewnętrznej stronie prawego ramienia.
W zasadzie ten tęczowy motyl miał przez całe życie przypominać Nele o cudownym urlopie, jaki spędziła na Tajlandii. Tymczasem za każdym razem, kiedy brała prysznic, myślała o niezdezynfekowanej igle, którą zrobiono jej ten tatuaż, i o tym, jak ciężko Bóg potrafi ukarać młodzieńczą lekkomyślność. Najwyraźniej bardziej mu przeszkadzało, że podchmielona nastolatka weszła do podejrzanego studia tatuażu w dzielnicy barów na wyspie Phuket, niż że członkowie islamskich bojówek zrzucają homoseksualistów z dachów.
Nele owinęła sobie palec plastrem, wróciła na kanapę i podniosła poduszkę.
Kiedy jej spojrzenie padło na połyskujący srebrzyście przedmiot, wciągnęła gwałtownie powietrze i o mało nie zakryła sobie dłonią ust.
– Skąd się to, na Boga, tutaj wzięło? – wyszeptała.
Ostrożnie oderwała żyletkę, trzymającą się na tapicerce na czymś w rodzaju gumy do żucia. W rzeczywistości była przyklejona dwustronną taśmą, a więc ktoś zrobił to specjalnie!
Przerażona nie na żarty Nele usiadła z powrotem na kanapie. Żyletka w jej dłoni parzyła ją tak, jakby wyjęła ją właśnie rozpaloną do białości z kominka. Nele wzdrygnęła się i upuściła żyletkę, która upadła obok niej na poduszkę.
Z bijącym jak oszalałe sercem spojrzała na zegarek i znów policzyła minuty do przyjazdu taksówki.
Jeszcze tylko piętnaście minut!
Tak naprawdę nie chciała spędzić w swoim mieszkaniu nawet piętnastu sekund więcej. Wpatrywała się w żyletkę, która zmieniała barwy w zależności o tego, jak zmieniał się obraz w telewizji. Jak ona się, do cholery, tam dostała? Precyzyjnie przymocowana, zupełnie jakby komuś zależało, żeby zraniła sobie palce.
I co, do diabła, jest na niej napisane?
Żyletka była pobrudzona jej krwią, ale teraz, kiedy spadając, odwróciła się o sto osiemdziesiąt stopni, Nele zauważyła na niej mikroskopijny napis. Odręczny, jakby wykonany precyzyjnym cienkopisem.
Nele z obrzydzeniem znów wzięła żyletkę do ręki i pulsującym z bólu palcem przejechała po literach.
„Twoja krew zabija!”
Nele nieświadomie i mechanicznie poruszała wargami, jak uczennica sylabizująca pierwsze wyrazy.
Moja krew zabija?
Krzyknęła.
Nie dlatego, że uświadomiła sobie, że Davidowi udało się jednak zakraść do jej mieszkania.
Tylko dlatego, że coś w niej pękło.
Poczuła silne ukłucie, zupełnie jakby trafiło ją żądło skorpiona. W najczulsze miejsce. Uczucie, jakby ktoś gołymi rękami rozrywał sploty cieniutkiej i niezwykle wrażliwej skóry.
Krótki, gwałtowny ból ustał i zrobiło jej się mokro.
Wtedy przyszedł strach.
Rozprzestrzeniał się tak, jak ciemna plama między jej nogami. Ciemny koc, przykrywający kanapę stawał się coraz ciemniejszy i… Nie przestaje.
To była jej pierwsza myśl i powtarzała ją wciąż od nowa. Nie przestaje.
Pękł mi worek owodniowy i tracę wody płodowe. Ta druga myśl była jeszcze gorsza, bo nieodwołalna. Za wcześnie.
Dziecko chce przyjść na świat o wiele za wcześnie!