Advertisement
Strona główna arrow Recenzje i wywiady arrow Przypadkowy detektyw, Maciej Ślużyński: recenzja
Przypadkowy detektyw, Maciej Ślużyński: recenzja
czwartek, 07 grudnia 2017

Detektyw z przypadku

„Przypadkowy detektyw” to niepozorna książeczka, której rozmiar z miejsca wywołał we mnie skojarzenia z kryminałami wydawanymi w latach dziewięćdziesiątych. A po lekturze okazało się, że nie tylko format łączy ją z wydawaną wtedy twórczością kryminalną.

ImageGłównym bohaterem powieści Macieja Ślużyńskiego jest… Maciej Ślużyński. Lada moment były właściciel wydawnictwa, który tuż przed finalizacją sprzedaży wybiera się w góry. Traf chce, że beztroską jazdę na snowboardzie przerywa mu zejście lawiny i przymusowe zamknięcie w górskim schronisku. Nikt jednak szczególnie nie martwi się tą sytuacją: nie ma poszkodowanych, dlatego właściciele schroniska, Adam i Joanna, postanawiają urządzić „wieczorek zapoznawczy”. Maciej poznaje aktualnych gości schroniska: dwie przebojowe studentki AWF, beztroskiego DJ-a, wycofanego pisarza i tajemniczego mężczyznę. Impreza jest udana, ale kiedy następnego dnia bohater wychodzi zapalić na ganek, trafia na niecodzienne znalezisko: zwłoki jednego z gości. Postanawia więc wyjaśnić tę sprawę tak, jak robią to bohaterowie czytywanych (i wydawanych) przez niego kryminałów…

Wspominałam, że coś jeszcze – poza formatem – łączy tę powieść z literaturą kryminalną publikowaną w latach dziewięćdziesiątych (nie całą, rzecz jasna, ale sporą jej częścią). Otóż jest to koncentracja na jednym wątku. Razem z bohaterem-narratorem poznajemy poszczególnych bohaterów powieści, prowadzimy mozolne śledztwo i krok po kroku dochodzimy do prawdy. Podoba mi się takie podejście do tematu, bez wprowadzania pobocznych wątków – podkreśla lekkość opowieści i w żaden sposób nie obciąża czytelnika.

Owa lekkość wynika również z humoru, który serwuje nam autor. Takiego rodzaju humoru, jaki lubię najbardziej: zdystansowanego, wyrażanego przede wszystkim słowem. Z humorem i dystansem jest też przedstawiony główny bohater, skądinąd bardzo sympatyczny. Powiedzmy sobie szczerze: Maciej Ślużyński (bohater, nie autor, żeby była jasność) to nie Herkules Poirot, który z odrobinki kurzu wywnioskuje, kim jest morderca. Ale stara się, jak może, by rozwikłać sprawę.  I nawet jeśli czasami się myli, zadawane pytania i wyciągane wnioski pozwalają mu stopniowo dojść do prawdy. Sama zagadka kryminalna nie jest może szczególnie oryginalna, ale zdecydowanie wciąga. Bardzo przyjemny w odbiorze jest też sposób poprowadzenia fabuły. Najpierw podejrzewamy wszystkich, później stopniowo z roli podejrzanego odpadają kolejne osoby… Czytelnik może sam poczuć się jak detektyw (zresztą równie przypadkowy jak narrator tej opowieści). Zakończenie jest więc nie tyle niespodzianką, ile logiczną konsekwencją wcześniejszych odkryć. Zaskoczenie może natomiast przynieść motywacja sprawcy.

Jeśli jesteście spragnieni bezpretensjonalnej i nieobciążającej lektury na grudniowe wieczory (albo i jeden wieczór, bo tych dwieście stron bez problemu da się „połknąć” na jeden raz), z potoczystą narracją i potocznym językiem, „Przypadkowy detektyw” będzie doskonałym wyborem!

Ewa Dąbrowska

Przypadkowy detektyw
Maciej Ślużyński
Wydawnictwo Sumptibus
Poznań 2017