Advertisement
Strona główna
Kogo nie znam, Maciej Malicki. Niejako przy okazji, albo koan o diamencie.
piątek, 04 maja 2007

ImageSiedzę w pokoju, ogromne okno, południe. Piwniczna. Za oknem i słońce i wiatr. I ciepło, i zimno. Poza tym niebo, drzewa, domy. Góry w oddali. Przede mną książka, skończona na wczoraj. Maciej Malicki, „Kogo nie znam”. Nie było łatwo. Prawdę mówiąc, od dawna nie było tak niełatwo. To moje skrzywienie. Natręctwa. Nie mogę, nie umiem pozwolić słowom po prostu prześlizgnąć się (nie wszystkich słów to dotyczy, głównie rzeczowników). Muszę każde z nich na moment uchwycić, zwizualizować. Posmakować.

ImageDlatego czytanie Malickiego wymagało koncentracji i czasu. Bo u niego roi się od słów. Nie to, żeby był ich nadmiar. Jest dokładnie tyle, ile potrzeba. Tylko, że sporo. Gęsto. I każde z tych słów wie, co się za nim kryje, każde jest tylko odsyłaczem do całej przestrzeni, czasu, sytuacji. Pars pro toto. Są tam zdania (głównie słowa-zdania), które podzielone na wersy dałyby pierwszorzędny wiersz Mironowego typu. Czy takim językiem można napisać kryminał? A „THRILLER przewrotnie klasyczny”, jak głosi zdanie na tylnej stronie okładki? Albo już konkretnie - anty-thriller? Czy bez względu na wszystko będzie się skazanym na napisanie kawałka bardzo dobrej literatury? Pytania tzw. standardowe-efektowne.

Się postawiło, chyba będzie trzeba odpowiedzieć. Może się uda choć spróbować. Może. Tak. Pytanie się pojawia. Na marginesie, w nawiasie. Uwaga do wtrącenia. Ale i potencjalny, skręt, zwrot zmieniający kierunek w jakim toczy się tekst. Zaczęło się tak, a nie inaczej. Ciągnąć, czy odbić w bok, wyjść poza? Ścianę zburzyć? Może wyjść dziwnie, niekonsekwentnie, zgrzytliwie. Prawie na pewno tak wyjdzie. Ale co tam.


Tak sobie lekko pastiszuję Malickiego (skłonność do wynurzeń moja, on się od wszelkich wynurzeń odcina), a przecież nie jestem specjalnym entuzjastą pastiszowych i stylizowanych recenzji. Dlaczego więc się tak bawię? Odpowiedź prosta – bo zachęca do tego sama książka; książka, która uderza i fascynuje swym językiem tak bardzo, że ciężko oprzeć się pokusie. Być może też dlatego, że tak jaskrawo kontrastuje z ogromniastymi, wielokrotnie złożonymi zdaniami, w które ja się wikłam ilekroć przyjdzie mi coś napisać? Czy to przez moją słabość do Mironowej poezji? W każdym razie działa, w moim odbiorze dominuje nad pozostałymi aspektami powieści. Jeden wielki chwyt uniezwyklający, dzieło zwracające uwagę na swoją podstawową materię. Świadectwo umiejętności znacznie, znacznie wykraczających poza porządne rzemiosło? Niewątpliwie.

Nie znaczy to, oczywiście, że zabiegi Malickiego w sferze treści nie są ciekawe. Są i to bardzo. Moja tekstualno-samoświadomościowa wątpliwość z poprzedniego akapitu jest małpim echem tych zabiegów. Bardzo małpim, bo Malicki bawi się konwencją (formalnie i fabularnie) niezwykle subtelnie, bez żadnej ostentacji. Scenka z brakiem strzelby na ścianie – tej czechowowskiej, a jakże - pierwszy sygnał sugerujący czego możemy się spodziewać, czy raczej czego spodziewać się nie powinniśmy, zostaje wpleciona niejako przy okazji, zupełnie naturalnie. Postać oficera (?) wywiadu modyfikującego swoją aparycję i sposób bycia przy okazji każdego kolejnego zadania zaskakuje i bawi nie bardziej niż niektóre z typów ludzkich przypadkiem napotykanych przez bohatera w jego nieustannej podróży. Nawiązania do „Ringu” Hideo Nakaty dokonywane są albo explicite, albo zbyt są niepewne i jednorazowe, by można było właściwie ocenić ich wagę dla fabuły. Nawet fabularne cross-over z wydawanym równolegle kryminałem Marcina Świetlickiego wydaje się być mrugnięciem mimowolnym, ulotnym, przypadkowym kaprysem – choć ci, którzy zapoznali się już z Trzynaście , przekonają się, że w istocie jest ono przewrotne, bo faktycznie zaciera granice między rzeczywistością a fikcją.  

Wszystko to sprawia, że pierwsze literackie skojarzenie, jakie zaświtało mi przy przeczytaniu zarysowego na okładce streszczenia okazało się wątpliwe. Historia człowieka przypadkiem (?) wplatanego w zagadkę pojawiającego się w najróżniejszych miejscach dziwnego napisu i powiązanych z tym napisem zgonów przypomniała mi mianowicie „49 idzie pod młotek” (bardziej tajemniczo brzmiące w orginale: The Crying of Lot 49) Thomasa Pynchona. Dialektyka różnic i podobieństw zaczyna się już na poziomie ogólnych, konceptowych szkieletów: zarówno hasło UZIEMNIĆ DIAMENT, jak logo Tristero stają się sygnałem istnienia „czegoś pod powierzchnią”, innego świata, który determinuje nasz świat, równocześnie jednak konspiracja, która w „49...” stanowi sedno tego ukrytego świata, w „Kogo...” pozostaje tylko w sferze hipotez i to tych stawianych raczej przez czytelnika niż bohaterów. Znacznie istotniejsza jest jednak wspomniana okazjonalność chwytów, które moglibyśmy określić jako otwarcie postmodernistyczne, najpotężniej dystansująca Malickiego od Sfinksa literatury amerykańskiej. A przede wszystkim podejście do samej tajemnicy. Podczas gdy dla Pynchonowskiej Edypy Maas rozwiązanie zagadki nieoficjalnej poczty staje się wyczerpującą obsesją, życiowym celem, bohater „Kogo nie znam” Maciej Malicki (tak!) w pewnym momencie zwyczajnie przestaje się sekretem napisu interesować, odsuwa go na bok, jakby chciał powiedzieć, że są w jego świecie tajemnice bardziej frapujące, bardziej naglące. A strona w jaką się zwraca wydaje się wskazywać, że chodzi mu o szczególne tajemnice, te, które na pierwszy rzut oka mogą wydawać się w ogóle nie być tajemnicami. Zainteresowanie napisem wraca kiedy obie sfery enigmy zaczynają się ze sobą stykać, zaś do rozwiązania zagadki dochodzi nie za sprawą kryminalnego mozołu, ale niemal ubłaganej odrobiny zainteresowania.

Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze jeden, kluczowy poziom. Cały czas mówię (piszę) tu przecież o prozie autobiograficznej, dziennikowej. O książce, w której większość sytuacji, postaci, epizodów, miniatur jest (a przynajmniej wydaje się być) zaczerpnięta prosto z życia. Pomieszanie tych wątków z tymi, w których bez problemu dopatrujemy się czysto imaginacyjnego pochodzenia i tymi, w których przypadku oba źródła są równie prawdopodobne dało efekt fascynujący. Tak, to duże słowo i już użyłem go w odniesieniu do języka Malickiego. Wiem też, że nie jest Malicki pierwszym, zapewne także nie ostatnim, który taką metodę stosuje. Ale słowo „fascynujący” najlepiej oddaje sytuację, kiedy stosowana jest ta metoda w sposób tak bezpretensjonalny, kiedy utwór tak szelmowsko i niejako mimochodem skłania do namysłu nad granicą życia i literatury.

Jest jeszcze jedno, duże i wytrwale przeze mnie nadużywane słowo, którego użycie będzie w tym przypadku w pełni uprawnione. Metafizyka. Sama filozofia, jaka wydaje się kryć za podstawową metodą twórczą Malickiego kieruje mnie w stronę tego słowa. Podstawowe dla egzystencji ludzkiej (a może dla wszelkiej egzystencji, kto to wie na pewno?) poczucie zanurzenia w czasie, poczucie, którego wzrost czy pełne uświadomienie sobie, wyznacza w moim doświadczeniu granicę miedzy dzieciństwem a jego końcem, poczucie z którym, często nie zdając sobie sprawy, zmuszeni jesteśmy radzić sobie każdego dnia. Czym jest „zapisywanie dni”, jeśli nie radzeniem sobie z tymże poczuciem, z lękiem i drżeniem, jakie potrafi w nas ono wzbudzić. Słowo na „m” jak malowane.

Jeszcze bardziej przybliża mnie do niego ponowne pochylenie się nad stylem w jakim Malicki swoje dni zapisuje. Czy ten styl jest, jaki jest, także z pewnych pobudek pragmatycznych – kłopotów, jakie sprawiłoby tak łapczywe chwytanie życia za pomocą rozwlekłych zdań i rozbudowanych opisów sytuacji? Czy przesiew podawanych nam informacji wynika tylko z tego, że część z nich jest zbyt intymna żeby można je było opisać dokładnie [1] , albo czytelniczo zbyt mało interesująca? Czy nie chodzi o uczucie, jakie budzi w nas wgłębianie się w taką prozę, uczucie przywodzące na myśl haiku, zwłaszcza definiowane przez Rolanda Barthesa („znak, z którego wykreślono znaczenie”)? W takiej prozie momenty czysto, niezaprzeczalnie, otwarcie metafizyczne stają się jeszcze bardziej uderzające, odpowiedź człowieka zapytanego na co patrzy („Przyglądam się echu”) i samo złowróżbne, nieubłagane UZIEMNIĆ DIAMENT nabierają cech buddyjskiego koanu, zdania którego znaczenie istnieje, ale jest poza językiem, pytania, na które odpowiedź wymaga wejścia w sferę zupełnie innej logiki i zupełnie innego myślenia. A uczucia, ich przemycane sugestie, daleki cień poczucia winy, dotknięcia pustki, poruszają jakby były naszymi własnymi.

Siedzę, kuchnia,  ogromne okno. Ranek dnia następnego. Piwniczna. Za oknem raczej słońce niż wiatr. Głośnik i Sting.

Uświadomiłem sobie, że o mały włos zapomniałbym sprostować perfidii, jakiej dopuściłem się na czytelnikach pisząc tak po prostu, że zagadka znajduje rozwiązanie. Bo czy koan da się rozwiązać [2] , czy da się wyjaśnić metafizyczną tajemnicę? Zgodnie z dobrą tradycją mystery odpowiedź powinniśmy mieć cały czas przed oczami, tylko się jej nie domyślać. Malicki pograł sobie także z tą zasadą, bo ta niezauważana odpowiedź więcej chyba zasłania niż odsłania. Pozostają jeszcze pytania początkowe, których zostawienie całkiem bez odpowiedzi byłoby nawet jak na mnie zbytnią nonszalancją. Czy więc „Kogo nie znam” jest thrillerem? Jeśli definiować thriller przez niepokój związany z rozbiciem bezpiecznej wizji świata to jest nim bez wątpienia, jeśli za główny wyznacznik gatunku przyjmiemy SUSPENS jako dominantę, okaże się anty-thrillerem. Właściwe pytanie powinno brzmieć - czy to ma jakiekolwiek znaczenie, skoro Malicki bawi się gatunkowością niejako przy okazji robienia tego, co umie najlepiej i poruszania zupełnie innych kwestii. A jeśli chodzi o pytanie o dobrą literaturę, wiadomo, że sam styl nie jest gwarancją dobrej literatury. A czy tym razem udało się dobrą literaturę stworzyć odpowiedziałem już chyba dość wyczerpująco.


Skończyć, ruszać w góry (niewysokie, ale zawsze). Malicki do plecaka (pretensjonalne?), bo warto. Przestać zastanawiać się jak to możliwe, że tak bardzo zafrapowała mnie „taka sobie książka przy okazji”.   
   



 

[1] Malicki tu też prowadzi grę każąc zapytać dla czyich oczu są owe epizody zbyt intymne: dla „innych służb” z przedstawionego świata czy spragnionego zwierzeń czytelnika? 

[2] Każdy zainteresowany tematem odpowie, że oczywiście, celem koanu jest, by go rozwiązano, tylko, że nigdy nie będzie to takie rozwiązanie jakiego oczekujemy i zawsze będzie ono istnieć poza językiem. Najdoskonalszym rozwiązaniem byłoby to związane z tymi obszarami ludzkiej egzystencji, które z definicji pozostają poza językiem i o tym Malicki wydaje się doskonale wiedzieć. Ale dość już, bo jeszcze powiem zbyt wiele.

Kogo nie znam
Maciej Malicki
seria: Polska Kolekcja Kryminalna
ISBN 978-83-922980-3-8
Wydawnictwo EMG , 24kwietnia 2007
stron 186

 

PATRONI MEDIALNI

Image ImageImageImageImage