Wahadło umarłych (gra)

Autor: Ewa Dąbrowska
Data publikacji: 01 października 2020

Wahadło umarłych

Autor: Jeppe Norsker
Wydawnictwo: Albi

Mordercza rozgrywka

Lubię gry – planszowe, karciane, logiczne, takie, przy których trzeba pomyśleć, i takie, przy których po prostu dobrze się bawię. Ale szczególnie cenię sobie te minimalistyczne projekty, w których nie muszę przez godzinę rozkładać planszy, kart i wszystkich dodatkowych elementów. Dlatego „Wahadło umarłych” zaciekawiło mnie już od pierwszej chwili – wystarczy talia kart i urządzenie z dostępem do Internetu (nie trzeba jednak ściągać żadnych aplikacji – trzeba tylko wejść na stronę), by zapewnić sobie około 90 minut rozrywki. I to jakiej!

Jak czytamy w opisie, „Wahadło umarłych” to „gra detektywistyczna, łącząca mechanikę escape roomów z klimatem popularnych skandynawskich kryminałów”. I nie ma w tym ani krztyny przesady, jak często zdarza się w przypadku opisów gier (bo też trzeba uczciwie przyznać, że nie jest łatwo stworzyć mroczną atmosferę, mając do dyspozycji tylko planszę czy karty). Musimy wcielić się w Marię, uciec ze szpitala psychiatrycznego i odnaleźć syna, by uratować świat – to skrótowy opis rzeczywistości, w którą przenosi nas ta gra. Jej twórcy, Duńczykowi Jeppe Norskerowi, udało odtworzyć pełen grozy klimat, jaki znamy z thrillerów i horrorów. To zasługa po pierwsze samej fabuły, mrocznej, chwilami brutalnej (uwaga, spoiler: pomyślmy, jak połączyć ze sobą obcęgi i dłoń…). Dlatego producent ma rację, pisząc, że gra nie jest odpowiednia dla nieletnich. Po drugie: grafiki. Zresztą spójrzcie sami:

karty

A konwencja escape roomu okazała strzałem w dziesiątkę! Jeśli nigdy nie byliście w takim miejscu, już tłumaczę: to zamknięte pomieszczenie, w którym musimy rozwiązywać kolejne łamigłówki, by przejść dalej. Jedna wskazówka prowadzi do kolejnej, jedno wyjaśnienie do nowej zagadki – i tak dalej, aż do końca. Tak samo jest w „Wahadle umarłych”, z tą różnicą, że tutaj końca… nie ma. To bowiem dopiero pierwsza część trylogii o Marii i jej historia właściwie się urywa. Ale ja już wiem, że kolejne części trylogii przejdę, jak tylko trafią w moje ręce. Muszę poznać zakończenie tej opowieści! 

Gra jest łatwa technicznie: wystarczy obejrzeć kilkuminutowy wstęp na stronie internetowej i wszystko staje się jasne. Nie jest jednak łatwa fabularnie. Trzeba naprawdę mocno pogłówkować, przy przejść niektóre etapy. Jedne są łatwiejsze, inne wymagają sporo kreatywności. A wszystkie: logicznego myślenia i zdolności dedukcyjnych. No i uwagi przy oglądaniu kart, bo każdy szczegół ma tutaj znaczenie. Na szczęście jednak nawet jeśli nie będziemy w stanie wpaść na rozwiązanie, nie utkniemy, autor przewidział bowiem wielostopniowy (to też warto podkreślić – nie dostajemy wszystkiego jak na tacy) system podpowiedzi. Dużą zaletą jest również fakt, że grę spokojnie można przejść samodzielnie. Może więc posłużyć i jako rozrywka dla grona znajomych (do pięciu osób), i jako sposób na samotny wieczór. 

Właściwie dostrzegam tylko jeden minus. Z „Wahadłem umarłych” jest bowiem jak z powieścią kryminalną – kiedy już znamy rozwiązanie, ponowna gra, tak jak ponowna lektura, nie przyniesie takich samych emocji. Ale ja z pewnością zagram raz jeszcze, tym razem w innym gronie znajomych (a potem przekażemy grę dalej; numer seryjny umożliwia bowiem rozegranie 30 partii). Niech oni skupią się na rozwiązywaniu zagadki – ja przyjrzę się szczegółom, które przy pierwszej rozgrywce przeoczyłam. A było ich całkiem sporo; po przejściu gry dowiadujemy się, jaki procentowy wynik osiągnęliśmy. Ze wstydem przyznaję, że do stu procent zabrakło mi całkiem sporo. I obiecuję poprawić się przy kolejnych częściach trylogii!

Udostępnij

Sprawdź, gdzie kupić "Wahadło umarłych" Jeppe Norsker