Strona główna arrow Stylus arrow Gdzieś daleko płynie rzeka... , Jan Siwmir
PATRONUJEMY:
Morderstwo w alei RóżMorderstwo w alei Róż
Małe sprzątankoMałe sprzątanko
Martwy dla świataMartwy dla świata
Boska truciznaBoska trucizna
Sześć sekundSześć sekund
Inspektor Van Graaf, Adam UbertowskiInspektor Van Graaf, Adam Ubertowski
TopielicaTopielica
OstrzeOstrze
TrybunałTrybunał
Morderstwa w MidsomerMorderstwa w Midsomer
Ciężar milczeniaCiężar milczenia
JulJul
Krew nie wodaKrew nie woda
Miasto szkłaMiasto szkła
Panna mloda w snieguPanna mloda w sniegu
PograniczePogranicze
OrchideaOrchidea
Nocna zamiećNocna zamieć
Tajemnica domu ArandówTajemnica domu Arandów
Miasto PopiołówMiasto Popiołów
Rosyjska orchideaRosyjska orchidea
Poker z rekinemPoker z rekinem
Diabelskie KościDiabelskie Kości
Przynieście mi głowę wiedźmyPrzynieście mi głowę wiedźmy
Święta tajemnicaŚwięta tajemnica
PrzebierańcyPrzebierańcy
Dziewięć milimetrów do niebaDziewięć milimetrów do nieba
Martwy aż do zmierzchuMartwy aż do zmierzchu
Rytuał ostatniej nocyRytuał ostatniej nocy
Dla NikityDla Nikity
Miasto KościMiasto Kości
Manikiur dla nieboszczykaManikiur dla nieboszczyka
Dziewczyna, która igrała z ogniemDziewczyna, która igrała z ogniem
Zbrodnia niedoskonałaZbrodnia niedoskonała
JedenaścieJedenaście
Morderstwo w szabatowy poranekMorderstwo w szabatowy poranek
Ja jestem sądemJa jestem sądem
Pan SzatanPan Szatan
Śmierć w darkroomieŚmierć w darkroomie
Noc z czwartku<br />na niedzielęNoc z czwartku
na niedzielę
TrzynaścieTrzynaście
DwanaścieDwanaście

Szanowny Czytelniku! Zwróć szczególną uwagę na:

 

528
Gdzieś daleko płynie rzeka... , Jan Siwmir
Jan Siwmir   
piątek, 08 czerwca 2007
To był dla Waldka pechowy dzień. Nie tyle gorący ile duszny. Pełno rozbrykanych dzieciaków, na których trzeba było skupić całą swoją uwagę, zapomniał zegarka a przy wychodzeniu z domu stłukł lampkę. Niby nic wielkiego, ale kilkanaście złotych będzie to pewnie kosztowało. Idąc rano na swój samotny posterunek przy wydzielonej na dojście do kąpieliska plaży zastanawiał się, jakich użyć argumentów by Agnieszka zdecydowała się z nim zjeść kolację. Najlepiej połączoną ze śniadaniem.

ImageGrupka rozbawionego towarzystwa mijając go zachowywała się tak, jakby był bezpańską puszką znalezioną przy śmietniku, którą można rozegrać podwórkowy mecz. Waldek wylądował na parkanie. Jasnowłosy, wysoki mężczyzna popchnął go w kierunku drzewa, ale na szczęście wysportowany Waldek zdołał zrobić unik, odwinął się i przyłożył tamtemu w zęby. Obrzucili go taką wiązanką, że z samego jadu kapiącego z każdego słowa można by porobić szczepionki dla kilku społeczeństw. Pewności nie miał, ale sądząc z opisu dołożył właśnie kręcącemu się wokół Agnieszki facetowi.

Popatrzył na niebo. No tak, nie zejdzie dziś z pracy wcześniej. Plażowicze do zmierzchu będą chcieli się kąpać.

Wyjął kamizelkę ratownika, wciągnął białą flagę i przygotował lornetkę. Czujność była wypisana tłustym drukiem w jego umowie o pracę. Nie odrywając wzroku od kilkunastu wyrostków wykonujących salta w wodzie podświadomie zarejestrował coś dziwnego pod swoimi stopami. Omiótł jeszcze wzrokiem niewysoką dziewczynkę zawzięcie pertraktującą z rodzicami o pozostanie w wodzie, popatrzył na kajaczek z dwiema biuściastymi nastolatkami wypływający zza szuwar i dopiero spojrzał w dół. Piasek zapadał się nie pod nim, ale obok. Maleńkie ziarenka samodzielnie wędrowały w dół a później wjeżdżały windą w górę. Pokręcił głową. Dziwne zjawisko. Zwłaszcza ta winda. Powrócił do obserwowania ludzi. Uderzony z tyłu nadmuchiwaną, plażową piłką westchnął i obrócił się. Dwójka chłopców z tatusiem przepraszała zawzięcie. Nic nie szkodzi. Zdarza się.

Agnieszka jak zwykle przyszła około 12:00. Zakryła mu z tyłu oczy i kazała zgadywać, kto to.
-    Caryca Katarzyna? – zaryzykował.
-    Nie. Zgaduj dalej, masz trzy szanse.
-    Jeszcze trzy, czy liczysz łącznie z tą pierwszą?
-    Łącznie, szanowny panie księgowy, łącznie.
-    Profesorka od matematyki.
-    Nie – przeczeniu towarzyszył kopniak kolanem w plecy.
-    Wiem, już wiem, to pewnie Aga, moja Pretty Woman – Waldek przyśpieszył zgadywanie, bo ratownik bez oczu kojarzył mu się z budynkiem bez okien. I nawet schronem nie można by go było nazwać.
Agnieszka przesłała mu całusa na odległość i rozłożyła obok niego ręcznik. Lodowaty wietrzyk musnął ich oboje po plecach. Waldek schował głowę w ramiona i podniósł lornetkę.

Piasek przesypywał się coraz szybciej.

-    Nie zamontujesz tego zabezpieczenia? – dziewczyna patrzyła na odpiętą od metalowej rury klamrę.
Kiedy ojciec dowiedział się, że syn zamierza pracować jako ratownik, wyłożył niemało pieniędzy na specjalistyczne urządzenie, które po przyciśnięciu jednego guzika z niezwykłą siłą wyciągało przepasanego liną człowieka na brzeg.
-    Montuję, montuję – westchnął chłopak i podniósł się z miejsca. Kolejna rzecz, o której zapomniał.
-    Możesz spojrzeć na moje plecy? – jeszcze raz zagaiła Agnieszka. - Chyba za bardzo się spiekłam.
-    Nie jest źle – Waldek był trochę rozkojarzony – ale dziś lepiej wystaw twarz do słońca. – Znowu zrósł się z urządzeniem do podglądania.
Dziewczyna zirytowała się. Cholerny pracuś. Popatrzyła wrogo na siedzącego obok chłopaka. Wyraźnie dojrzewał do powiedzenia czegoś.
-    Zdecydowałaś już, którego z nas wolisz? – pytanie padło zza parawanu lornetki. Waldek nie znał swojego konkurenta, ale słyszał o nim dużo. Głównie od Agnieszki. Teraz trochę było mu wstyd, że wypowiedział te słowa łamiącym się głosem.
-    Może – zimno odpowiedziała dziewczyna, zgarniając do torby kosmetyczkę z olejkiem. Otrzepała ręcznik. – Przyjdę, jak będziesz bardziej mną zainteresowany.
-    No coś ty, Aga – zerwał się ratownik.
-    See you – dobiegło go z drugiej strony drogi.

Waldek obrócił się w kierunku rzeki. To nie jest mój dzień.
Ziarenka piasku ułożyły się w kształt klepsydry. Nadciągnęły chmury. Krajobraz lekko poszarzał. Słońce mówiło do widzenia.

Okrągłe okna lornetki pokazywały w polu widzenia coraz więcej kajaków, rowerów wodnych, a nawet ku swojemu zdziwieniu, Waldek zobaczył ponton. Szerokie rozlewisko rzeki sprzyjało wszelkiemu rodzajowi rekreacji. Coś pacnęło na grzbiet trzymanego przez niego urządzenia. Biała, śmierdząca plama zirytowała chłopaka. Wytarł chusteczką.
Piasek wirował tworząc lejek. Wielkie cienie przemknęły cicho pod wodą, robiły rozpoznanie, węszyły w poszukiwaniu ofiar. Chmury na niebie sczerniały.

Nagła i potężna różnica temperatur dotarła do kąpiących się beztrosko ludzi. Zapadła cisza. Drobinki piasku pomknęły w górę przerażone. Rzeka spęczniała, wody stawało się coraz więcej, drgało już wszystko, wibrowały drzewa, ptaki masowo odlatywały w popłochu. Panika ogarnęła wszystko, co żyje.

Waldek przed chwilą zmienił flagę, przez megafon nakazał wszystkim opuścić wodę i jak najszybciej odjechać.
-    Zostawcie wszystko, nie zabierajcie rzeczy, nie przyczepiajcie kajaków. Musicie natychmiast opuścić to miejsce – wrzeszczał ochryple.
Spuszczony ze smyczy strach leciał na oślep, tratując po drodze wszystko. Legenda o utopcu mieszkającym w gardle starej Wiedźmy, jak nazywano rzekę, ożyła.

Samotny mężczyzna w bejsbolowej czapeczce wiosłował rozpaczliwie do przeciwległego brzegu. Waldek obserwował go przez moment, ale kiedy zauważył, że jego ponton okręca się niczym nadmuchiwany bączek, zawiązał sobie linę wokół pasa i skoczył na ratunek. Czeluść rzeki przypominała mulisty labirynt. Na nos, na intuicję, na doświadczenie, na nie wiadomo co ratownik pruł do przodu. Wiry pętały mu nogi jęcząc „ chodź, chodź, zabawimy się”. Wpłynął w bulgoczącą, rozwartą naprzeciw niego paszczę. GOREjące ślepia patrzyły na niego z wściekłością.
-    Czekaj, Stara Wiedźmo. Ja ci jeszcze pokażę – odbił się w kierunku powierzchni, żeby zaczerpnąć powietrza i  zanurkował z powrotem.
Dotknął ręką pikującego w dół pontonu. Obok wsysany jeszcze szybciej przepływał obły, bezwładny, ludzki kształt. Trochę poprawiła się widoczność. Waldkowi wydawało się, że zobaczył długie, jasne włosy chłopaka, z którym rano się bił. Rzeka zaświszczała ironicznie. Podziemny grzmot o mało nie wyrwał mu trzymanego za koszulę człowieka. Smród przetrawionego piwa zmieszał się z gardłowym rzężeniem przyrody. Woda śmiała się głosem Agnieszki. Okazja – szeptała – okazja, okazja.
-    Jak łatwo byłoby skręcić mu kark – pomyślał Waldek.
Obrócił się i owinął wokół trzymanej postaci. Wsunął rękę pod rozpuszczone, falujące w wodzie włosy. Lina napięła się przerażona. Zacisnął palce...

Piasek na brzegu rozpoczął rytualny lament.

Niedbale zamontowana w południe klamra zabezpieczenia otworzyła swoje metalowe bolce. Błysk zdumienia, akt skruchy, kropla żalu, błaganie o litość. Za późno. Stara Wiedźma parskając i bekając pochłonęła swój pierwszy od wielu lat, podwójny posiłek. Zawarczała jeszcze groźnie, zachichotała i ułożyła się wygodnie w korycie. Trawiła.

Część ludzi powoli wracała nad wypogodzoną plażę, część bezpowrotnie odjechała złorzecząc. Grupka pijanych studentów zdecydowała się pójść do namiotów. Pomyśleli, że Zbyszek z pontonem pewnie już tam jest.

W kawiarni na starówce Agnieszka popijała niezwykle słodką kawę. Koło niej siedział wysoki, jasnowłosy mężczyzna.





Komentarze mogą pisać tylko zarejestrowani użytkownicy.
Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się.

 

Komentarze
Gdzieś daleko...czyli gdzie?
Dodane przez justa21 w dniu 2007-10-13 18:15:12
Gdzieś daleko wieje nudą. Jedno jest pewne, gdzieś daleko nie ma tekstów Jana Siwmir a ludzie nie spotkali się z jego (ich) twórczością. Cale szczęście, że my jesteśmy blisko i możemy czytać, czytać i czytać....A nuda pryska przepędzona ostrym słowem autora. Tak dalej Panie Żabeł:-)
Dodane przez kniemcze w dniu 2007-07-09 22:50:40
ten cały fatalizm pięknie się rozwija na przestrzeni całego opowiadania; włos się jeży!