Recenzje i wywiady
Zmierzch, Stephenie Meyer | Zmierzch, Stephenie Meyer |
| poniedziałek, 11 czerwca 2007 | |||
|
Ten facet mi się nie podoba. Patrzy na ciebie jakbyś była czymś… czymś do jedzenia. Książka Meyer, poza ‘kulinarną’ treścią ma również całkiem strawną, doskonale do szybkiego spożycia przysposobioną formę, a co bardziej wnikliwi czytelnicy znajdą w Zmierzchu konsumpcyjną poniekąd ideologię. Ta kilkusetstronicowa opowieść o miłości dziewczyny i wampira wpisuje się w nurt popularnej literatury dla nastolatek, z typowym dla niej stylem, którego cechą charakterystyczną jest brak wyraźnego stylu. Jest to o tyle zastanawiające, że mamy do czynienia z narracją pamiętnikarską, prowadzoną z perspektywy głównej bohaterki, a ta z lubością zaczytuje się w Wichrowych wzgórzach Emily Brontë i Makbecie Williama Szekspira, w co po zderzeniu z językiem powieści Meyer zaczynamy powątpiewać. Gładkie, przycięte idealnie jak frytki zdania, doskonale opakowani, ale chwilami szeleszczący papierem śniadaniowym bohaterowie i motyw wampira dorzucony jako atrakcyjna zabawka – niespodzianka do fast - foodowego zestawu dla znudzonych milusińskich. Ale nawet Edward Cullen, którego literacki rodowód sięga łotrów gotyckich i klasycznego już wampira Polidoriego, nie zdołał oprzeć się konsumpcyjnej sile współczesnej kultury, która drwiąc z jego staromodnego imienia i anachronicznego sposobu wysławiania się, pozbawiła go demonizmu i uczyniła egzotycznym księciem z sąsiedztwa – produktem gotowym do spożycia. Zmierzch jest jednym z wielu wytworów kultury masowej – szybkim i łatwo przyswajalnym, co wcale nie oznacza, że pełnowartościowym i bogatym w składniki odżywcze. Stephenie Meyer swoją książkę opatrzyła mottem: Ale z drzewa poznania dobra i zła nie wolno ci jeść, bo gdy z niego spożyjesz, niechybnie umrzesz. (Księga Rodzaju 2, 17) Więc – jak uczy doświadczenie – może czasem warto powstrzymać się od konsumpcji?
Meyer Stephanie
Komentarze mogą pisać tylko zarejestrowani użytkownicy.
|
|||



























W odpowiedni krąg tematyczny postanowił wprowadzić czytelnika sam wydawca, umieszczając na okładce apetycznie wyglądające czerwone jabłuszko, mające w zamierzeniu korespondować z wywiedzionym z Księgi Rodzaju mottem. Koresponduje, a i owszem – nie tylko z mottem, ale i z tematyką powieści, która nie czego innego, jak konsumpcji dotyczy. Jest to bowiem opowieść o skądinąd miłej nastolatce, której los stawia na drodze niejakiego Edwarda Cullena – młodzieńca o zgoła nietypowych i bynajmniej nie wegetariańskich gustach kulinarnych. Do pierwszej znaczącej wymiany spojrzeń między bohaterami dochodzi (nomen omen) w szkolnej stołówce, co w znaczący sposób zdeterminuje charakter ich wzajemnej relacji. W końcu – prędzej czy później – dowiemy się, że fascynacja, a nawet miłość rodzi się z głodu, ale prawdziwa miłość powstrzymuje się od konsumpcji balansując na granicy między obłędem a śmiercią głodową; w myśl zasady, że nie można zjeść ciastka i mieć ciastka.