Recenzje
Żmija, Andrzej Sapkowski | PATRONUJEMY: |
|---|
|
| Żmija, Andrzej Sapkowski |
| Robert Ostaszewski | ||
| wtorek, 15 grudnia 2009 | ||
|
Bez wątpienia była to jedna z najbardziej oczekiwanych powieści roku – z rozmaitych względów. Raz – Sapkowski jest jednym z najpoczytniejszych polskich pisarzy, na którego książki liczne rzesze czytelników zawsze czekają z niecierpliwością, dwa – mistrz fantastyki postanowił tym razem zmierzyć się z zupełnie nowym gatunkiem, czyli powieścią sensacyjną, zastanawiano się więc, jak sobie z nowym wyzwaniem poradzi, trzy – z umiejętnie dawkowanych przez dział promocji wydawnictwa informacji wynikało, że pisarz tym razem zajął się tematem bardzo aktualnym, umieszczając akcję powieści w Afganistanie. Spodziewano się hitu, a wyszedł… może nie kit, ale proza mocno przeciętna. Przyznam, że spodziewałem się po nowej książce Sapkowskiego dużo więcej. To jedynie moje podejrzenia, ale wydaje mi się, że Sapkowski bardzo męczył się przy pisaniu tej książki. Dlaczego tak sądzę? Żmija właściwie nie jest nawet powieścią tylko dłuższym opowiadaniem, które – wydrukowane czcionką dla niedowidzących – ledwie osiągnęło 240 stron. Zdecydowanie brakuje tu fabularnej rozlewności i pomysłowości, którymi autor Czasu pogardy czarował w poprzednich książkach. No jakże można tak twierdzić, skoro akcja książki rozpięta jest między czasami Aleksandra Wielkiego a rokiem 2009, jakże można mówić o braku rozlewności? – ktoś spyta. Rzecz w tym że historie wojownika z armii Aleksandra Wielkiego, oficera armii angielskiej, który trafia do Afganistanu w XIX wieku, żołnierza radzieckiego i Polaków z ostatniej wojny afgańskiej zbudowane zostały na tym samym schemacie – jak dla mnie, dosyć wątpliwym. Żmija jest przede wszystkim opowieścią o losach praporszczyka Lewarta, który w 1989 służy w armii radzieckiej okupującej Afganistan. Nie jest to zwykły żołnierz, bo od najmłodszych lat ma dar przewidywania przyszłości, co bardzo przydaje mu się podczas wojny. Sapkowski jest świetnym rzemieślnikiem prozy, więc książka zaczyna się tak jak powinna – posłużę się znaną frazą – od trzęsienia ziemi… , czyli od masakry radzieckiego posterunku, z której ranny, ale żywy wychodzi Lewart. …tyle tylko że potem napięcie wcale nie rośnie, wręcz przeciwnie. Po pobycie w szpitalu Lewart dostaje przydział do na pozór spokojnego posterunku w górach. Nie dzieje się tam zbyt wiele, więc praporszczyk musztruje żołnierzy i włóczy się po okolicy. W jaskini natyka się na dziwnego węża, którego wzrok ma magnetyzującą siłę przyciągania. Lewart zaniedbuje obowiązki, byle tylko odwiedzać gada. Jak już pisałem – nie twierdzę, że Żmija to zupełny kit, ale pierwszą przygodę Sapkowskiego z tematyką współczesną uznać należy za nieudaną.
Żmija, Andrzej Sapkowski Wydawnictwo superNOWA, Warszawa 2009 Strona: 237 Komentarze mogą pisać tylko zarejestrowani użytkownicy.
|
||













































