Advertisement
Strona główna arrow Stylus arrow Piotr Bolc, Długa droga do Grecji, cz. 1
Piotr Bolc, Długa droga do Grecji, cz. 1
czwartek, 15 listopada 2012

Piotr Bolc

Długa droga do Grecji

I


Przerwała mi. Okrutnie mi przerwała. Z wysiłkiem oderwałem wzrok od fasady Kościoła Garnizonowego św. Jerzego, której przyglądałem się z pasją właściwą zawodowemu fotografowi, i skierowałem go na studentkę polonistyki czy czegoś równie bezużytecznego, która w wakacje udaje zawodową kelnerkę. Tacka z filiżanką kawy zabębniła niezgrabnie o stolik. Moja „najmocniejsza kawa świata”. Dobra. Przynajmniej w tej kwestii sprawili się jak należy. Podziękowałem dziewczynie nieznacznym skinieniem głowy. Zawróciła do wnętrza kawiarni, stąpając ciężko po bruku ulicy Bohaterów Monte Cassino.
Słynę z tego, że potrafię oddać się wykonywanej czynności bez reszty. W zawodzie fotografa to bardzo przydatna umiejętność. Ale ma też swoje wady. To, że skoncentrowałem się teraz na swojej kawie, nie pozwoliło mi dostrzec idącej ku mnie dziewczyny.
Na samym początku dotarł do mnie stukot obcasów. Najpierw odległy, nikły, zmieszany z odgłosami ulicy, potem coraz bliższy. Nie podniosłem nosa znad filiżanki, ale gdy dziewczyna zatrzymała się tuż obok mojego stolika, kątem oka zdołałem bardzo dokładnie obejrzeć jej spalone słońcem nogi.    
Mimo to dalej siedziałem jak zaklęty nad kawą. Powyżej mojej pochylonej głowy rozległo się pełne zniecierpliwienia westchnienie. Potem usłyszałem jazgot odsuwanego krzesła. Naprzeciw mnie.
Hulający po Monciaku morski wiatr wepchnął mi w nozdrza słodką woń perfum dziewczyny.
W ślad za nią wydałem z siebie westchnienie. Mój wzrok powoli przesunął się po nogach dziewczyny, przez jej odsłonięte ramiona, łagodnie toczoną szyję, po czym zatrzymał się na twarzy, otoczonej kaskadami włosów dorównujących czernią sukience, którą miała na sobie.
– Cześć, Magda – odezwałem się, choć myślałem, że żaden dźwięk nie przejdzie mi przez gardło.
– Cześć – odpowiedziała, po czym jej pełne wargi wygięły się w nieokreślonym uśmiechu. Nie wiem, do kogo czy czego się uśmiechała, ani po co. Nie wyglądała na zadowoloną z tego spotkania. Może to był uśmiech skierowany do przeszłości?
Nasze pierwsze spotkanie przed dwoma laty było jak najbardziej służbowe. Miało miejsce w Kapsztadzie, w wolnym od turystów zakątku Zatoki Stołowej. Robiłem jej zdjęcie za zdjęciem. Ach, będąc zupełnie szczerym, to miałem je robić nie jej, ale kostiumowi kąpielowemu znanej marki, który miała na sobie. Mnie jednak wtedy zupełnie zawiodła słynna koncentracja. Nie myślałem wcale o tych dwóch głupich skrawkach materiału, które złączone nie złożyłyby się nawet na chusteczkę do nosa. Nie, lepiej nie będę wam opowiadał, co wtedy przychodziło mi na myśl. Może to przeklęte południowoafrykańskie słońce zanadto rozgrzało moją krew? Zauważyłem, że wszyscy tamtejsi ludzie są jacyś tacy rozerotyzowani… A może to wina dziewczyny, która nie chciała ograniczyć się do wystudiowanych póz, dobrze mi znanych i niebędących w stanie mnie poruszyć? W trakcie sesji miałem pewność, że ona nie wdzięczy się do bezdusznego obiektywu, tylko do mnie. No i co mogę więcej powiedzieć? Że praca, którą mieliśmy wykonać, za obopólną zgodą przerodziła się w jeden wielki romans? Tak, to było nieprofesjonalne. Tak samo jak nieprofesjonalne było to, do czego doszło wieczorem w hotelowym pokoju.
Byliśmy razem kilka miesięcy. Nigdy, ani wcześniej, ani później, nie było mi z żadną dziewczyną tak dobrze. Pewnego dnia usłyszałem plotkę, że Magda podobno zepchnęła ze schodów dziewczynę, z którą pierwotnie miałem mieć wtedy sesję, żeby się do mnie dostać. Prawda to czy nie, tylko wzmogło moje uczucia, które stopniowo zaczęły przybierać rozmiary obsesji. Pragnąłem uwięzić ją w domu, posiadać na wyłączność. Szalałem z zazdrości, widząc, że inny fotograf robi jej zdjęcia, a potem wyobrażając sobie wygłodniałych mężczyzn oglądających je w magazynach.
Słowem, to nie mogło długo przetrwać. I nie przetrwało.
A teraz, po dwóch latach, spotkaliśmy się znowu.
– Przyleciałaś na Sopot Fashion Week? – przerwałem kłopotliwe milczenie.
Skinęła głową. Czarne, skręcające się na końcach włosy rozsypały się przepysznie na obnażonych, opalonych ramionach.
– Jutro będziesz mógł zobaczyć mnie na wybiegu, a pojutrze powąchać moją nową linię perfum.
– Wybacz, ale nie skorzystam. Skoro powodzi ci się coraz lepiej, to masz chyba wokół siebie ludzi, którzy razem z tobą będą się napawać twoimi sukcesami, nie? Nie jestem ci tam do niczego potrzebny, kochanie.
Roześmiała się krzykliwie.    
– Jeszcze się z tego nie wyleczyłeś? Ciągle jesteś o mnie zazdrosny?
– Nie jestem zazdrosny. Jestem po prosty złośliwy.
– Złośliwy? Coś ci to nie bardzo wychodzi… Acha, pijesz do tych przystojnych mężczyzn, którzy mnie zawsze otaczają?
– No cóż, rób, co chcesz. Skończyłaś już chociaż te osiemnaście lat…
– Wtedy mój wiek ci nie przeszkadzał! A teraz już przestań! Mam dosyć twoich drwin! W przeciwieństwie do ciebie, ja nie jestem samotna. Poczekaj, zaraz coś ci pokażę!
Wpuściła palce w głąb czarnej, skórzanej torebki. Wyciągnęła stamtąd złożoną na dwoje karteczkę.
– Ktoś mi ją wsunął pod drzwi dzisiaj rano. Początkowo myślałam, że to byłeś ty, ale teraz wiem, że nie spotkało mnie takie nieszczęście. Może wreszcie się ode mnie odczepiłeś. Ale czytaj, co tam jest napisane!
Obróciłem w dłoni kartkę. Z tyłu miała logo hotelu, w którym zatrzymała się Magda. Zapisano ją niechlujnym, drukowanym pismem, które równie dobrze mogło należeć do mężczyzny jak i do kobiety.

Do Pani Magdy
Kiedy w magazynie „Moda” zobaczyłem Pani pierwsze zdjęcie, poczułem, że moje serce na jeden moment przestaje bić, a kiedy zaczęło znowu pracować, wydawało mi się, że w tętnice zamiast krwi tłoczy mi ogień. Wyciąłem sobie to zdjęcie. Robiłem to nożyczkami do paznokci, do tego silnie drżały mi ręce, ale włożyłem całą siłę woli w to, żeby ciąć równo i nie zepsuć niedokładnością piękna tego zdjęcia. Mam je do dzisiaj – wyciąłem je tak równiutko, jakby zrobiła to maszyna, a nie człowiek dysponujący tylko nożyczkami do paznokci.
Sam nie wiem, ile razy obsypywałem pocałunkami Pani twarz, piersi, brzuch i uda. Niestety, o ile ukochaną kobietę można obcałowywać w nieskończoność, to papier nie jest materiałem na tyle cierpliwym. Zdjęcie zdążyło już utracić nieco ze swojego blasku.
Zastanawiałem się nieraz, co mam z nim zrobić. Wiem, ile na rynku może być warte Pani pierwsze zdjęcie z magazynu „Moda”. Wiem też, ile ono może być warte dla Pani osobiście. I jak z nieba spadła na mnie informacja, że przylatuje Pani do Trójmiasta.
Chciałbym wręczyć Pani to zdjęcie. Niestety, nie mogę zaprosić Pani do domu, ani wręczyć go Pani w jakimś publicznym miejscu, bo nie chcę, żeby dziewczyna dowiedziała się o mojej niewłaściwej dla dojrzałego mężczyzny fascynacji. Nie wsunę też tego zdjęcia pod próg Pani pokoju. Mam nadzieję, że rozumie Pani, ile dla mnie znaczy perspektywa zamienienia z Panią kilku słów, skonfrontowania wyobrażeń i snów z rzeczywistością. Ach, jak bardzo bym pragnął dotknąć Pani skóry tak, jak pozwalałem sobie dotykać Pani zdjęcie!
Proszę się nie obawiać tych wścibskich fotoreporterów, którzy gonią za Panią krok w krok. Znalazłem takie miejsce, gdzie nikt nie będzie nam przeszkadzał. To budynek przeznaczony do rozbiórki na ul. Jana z Kolna 20 w Gdańsku. Będę tam na Panią czekał dziś o 22.00. Jeżeli nie przyjdzie Pani, zrozumiem.
Po prostu spalę to nieszczęsne zdjęcie.
Piotr B.


Spojrzałem na Magdę. Na jej twarzy dostrzegłem niepewność. Chyba nie była pewna, jak na to zareaguję, czy wykorzystam to, żeby jej dokuczyć, czy nie. Poczułem, że moje wargi bezwiednie rozciągają się w kpiarskim uśmiechu.
– Kolejny facet, który chce cię wydupczyć – stwierdziłem.
Nozdrza Magdy wydęły się od wciąganego gwałtownie powietrza. Udało mi się jej dopiec. Spodziewałem się, że zdzieli mnie w twarz albo narobi rabanu, ale ona tylko wyrwała mi kartkę z ręki i wycedziła przez zęby:
– A niech zrobi ze mną, co chce! Pójdę tam! A ty wyślij tam paparazzi i zrób skandal! Tego przecież chcesz, prawda?
Omal nie wyskoczyłem z siebie, gdy to usłyszałem.
– Jesteś zupełnie powalona! Zrobisz wszystko, żeby zrobić mi na złość! Chcesz, to leź w łapy tego zboczeńca i nie mów, że ja każę ci tam iść!
– To ty zawsze myślałeś, że ja robię wszystko przeciwko tobie! Nie pamiętasz już, jak było? Stale mnie o coś podejrzewałeś! To było nie do zniesienia! W końcu nie wytrzymałam i stwierdziłam: „No dobra! Jeżeli podejrzewasz, że śpię z innymi mężczyznami, to zacznę to robić!”.
– Więc wcale nie chcesz mi dokuczyć? Więc wszystko to moja wina? A czy ja kazałem ci przynosić mi listy miłosne od jakichś trzepaczy?
Magda westchnęła tak, jakby rozmawiała z idiotą.
– Ty niczego nie potrafisz zrozumieć! Nie widzisz, że pokazałam ci go, bo chcę się ciebie poradzić?
Roześmiałem się gromko.
– Nie gadaj! Aleś wymyśliła! Jak lubisz ryzyko, to idź!
– Nie chcę nic z nim robić! Chcę mieć to zdjęcie! Od niego zaczęła się moja kariera! I nasza znajomość…
– Gadanie! Nie wiedziałem, że aż tak cię tak dupa swędzi, że…?
Zerwała się na równe nogi. Twarz jej przybrała wiśniowy kolor.
– Pójdę! Zobaczysz, że pójdę! – wrzasnęła.
– Nie pozwolę ci! – krzyknąłem niespodziewanie. – Zostaw to zdjęcie w spokoju! Zapomnij o nim! Niech spłonie!
Zerwałem się z miejsca. Ale ona była już daleko. Biegła w stronę postoju taksówek tak szybko, jak pozwalały jej buty na wysokim obcasie.
Opadłem z powrotem na krzesło. Twarz ukryłem w dłoniach, by umknąć przed ciekawskimi spojrzeniami przechodniów. Spomiędzy palców ściekał mi pot.
Nie chcę, żeby miała u siebie to zdjęcie. Nasze pierwsze zdjęcie, od którego zaczęło się całe to piekło. Do czego jej ono potrzebne, do cholery? Będzie wbijać w nie szpileczki jak w laleczkę voodoo?
Podniosłem się po chwili z miejsca. Na stolik rzuciłem garść monet. Myślałem tylko o tym, jak im przeszkodzić: Pani Magdzie i Piotrowi B.
Sam nie wiedziałem, czemu tak bardzo się tym przejąłem. Nie wiedziałem też, czemu powiedziałem to, co powiedziałem. Jakby pojawienie się Magdy otworzyło w moim umyśle dawno nieotwieraną klapę. I tak szedłem w dół ulicy, a mózg zamiast widoku kamienic i restauracji podsuwał mi obrazy wyjęte z naszych dawnych kłótni. W uszy zamiast gwaru ulicy wdzierały się wyzwiska, którymi się wtedy obdarzaliśmy. Piersi zaś, zamiast spokojnie wdychać woń morza, napełniały się jakimś utrudniającym oddychanie jadem. Znajdowałem się nie na sopockim deptaku, ale znowu z nią w hotelach w Kapsztadzie, Montevideo i Nowym Jorku.
Nagle poczułem, że czyjś wzrok przebija pajęczynę myśli, którą wokół siebie rozsnułem. Momentalnie otrzeźwiałem. Spojrzałem w wielkie czarne okulary opierające się na małym, ale kształtnym nosku i nieco wystających kościach policzkowych, należących do szczupłej blondynki.
Rozejrzałem się wokół. Nie ona jedna wlepiała we mnie swoje spojrzenie. Zreflektowałem się. Zawróciłem w kierunku mojego hotelu.
Pomyślałem, że muszę przez chwilę odpocząć.