Advertisement
Strona główna
Mock, Marek Krajewski: recenzja
poniedziałek, 17 października 2016

Miłe złego początki

Kiedy zaczynałam czytelniczą przygodę z twórczością Marka Krajewskiego, nie były to łatwe początki, bo za nic w świecie nie chciałam polubić Eberharda Mocka (któremu nie pomagały przemądrzałe łacińskie sentencje i filozoficzne rozkminy, tych bowiem ścierpieć nie mogłam jako osoba zazdrosna wówczas o brak dostępu do obu dziedzin wiedzy), mimo presji otoczenia uważającego tę kryminalną prozę za arcydzieło. Owcą podążającą za stadem być nie chciałam, ale też upieranie się przy niechęci do mrocznych utworów byłoby oznaką oślego modus operandi. Mogłam zatem przedsięwziąć jedno: pozwolić sobie na zanurzenie w gęstej fabule, poddanie się hipnozie doświadczenia immersyjnego i przeniesienie się do tego Wrocławia, po którym spacerować – mimo że tam mieszkam – nie miałam okazji. Wybitnie wzmogły to pogrążenie się w świecie, którego już nie ma, mapki i wyjaśnienia wskazujące na współczesne odpowiedniki ulic, zaułków i placów Breslau, obecne także w najnowszej powieści, zatytułowanej po prostu „Mock”. I choć nigdy nie zapałałam do Ebiego taką sympatią, jak do (równie chętnie popisującego się klasyczną wiedzą) Edwarda Popielskiego, to dzieje jego śledztw, a przy okazji i perypetie życiowe, w jakiś sposób zapadały mi w pamięć.

ImageChodzi tu być może o tę ciężką od traumatycznych, brutalnych, niekiedy tragicznych wydarzeń atmosferę, która wręcz „biła” z utworów Krajewskiego. Autor nigdy, przenigdy nie oszczędzał swoim bohaterom niczego, co najpotworniejsze nawet, i zawsze naznaczał ich piętnem niespełnienia, samotności i nieopisanej utraty. Jego książki zawsze miały ten zdumiewający mroczny „sznyt” współgrający z imponującą wprost wiedzą o przeszłości miasta, które w ten sposób stawało się pełnoprawnym bohaterem narracji (te kwestie zresztą doczekały się naprawdę wielu naukowych analiz jako prekursorskie względem osiągnięć współczesnej polskiej literatury kryminalnej). Tymczasem fabuła „Mocka”, osadzona głownie w 1913 roku, tego nastroju ciężkości i lepkości jest z początku pozbawiona. Tytułowy bohater ma tu lat trzydzieści, jest w stopniu wachmistrza i pracuje w obyczajówce, choć ma nienasycone ambicje zabłysnąć w policji kryminalnej. Okazja po temu nadarza się świetna, bo spektakularne morderstwo w Hali Stulecia nie pozostawia nikogo obojętnym. Meandry samowolnie podjętego śledztwa prowadzą Mocka przez bardzo różne środowiska, a czytelnik zyskuje okazję do obserwowania, jak rodzi się talent śledczy i pewne skłonności bohatera, które w późniejszych czasach stanowić będą jego znak rozpoznawczy.

Przyznać trzeba Krajewskiemu, że bardzo logicznie, a zarazem subtelnie prezentuje przejście protagonisty na stronę mroku, wskazując te punkty, które bez wątpienia wyznaczą dalsze jego losy i doprowadzą do wielu kontrowersyjnych, czasem wręcz zgubnych decyzji. Trzydziestoletni Mock nie jest jeszcze tym cynicznym, brutalnym i zgorzkniałym facetem, którego odbiorca zna z poprzednich powieści, lecz wyraźnie rysują się tutaj modele postępowania współgrające z tak charakterystyczną dla tej postaci przenikliwością i dociekliwością.

Leitmotivem, świetnie współgrającym z historycznym tłem powieści, są kwestie polityczne pokazane na tle rozgrywek rozmaitych frakcji i ideologii. Te z kolei łączą się z wielowymiarowym obrazem społeczeństwa wrocławskiego tamtych czasów – od zamożnych, szanowanych obywateli, do wynikających z ubóstwa patologii. Jak zawsze Krajewski bardzo dynamicznie pokazuje relacje panujące w półświatku i codzienność prostytuujących się kobiet, podejmując tę tematykę z równym zafrapowaniem, jak niegdyś Guy de Maupassant (choć oczywiście są to dwie różne optyki).

Nie spodziewałam się, prawdę rzekłszy, tak dobrej prozy, sądziłam bowiem, że – jak stało się to na przykład w wypadku nieszczęsnego „Sezonu burz” Andrzeja Sapkowskiego – uczynienie dawno już przeżałowanego przez czytelników bohatera protagonistą nowej fabuły może okazać się niefortunne. Krajewski jednak sprawił mi ogromną literacką niespodziankę, dowodząc nie tylko po raz kolejny ogromu talentu, ale też niebywałej wprost świadomości potrzeb czytelnika – i umiejętności sprostania im bez trudu, tym samym unikając niefortunnego odcinania kuponów od własnej sławy, jak miało to miejsce nie raz i nie dwa na artystycznym firmamencie.

Ksenia Olkusz

Mock
Marek Krajewski
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Kraków 2016

 

Recenzje innych powieści Marka Krajewskiego: "Aleja samobójców", "Dżuma w Breslau", "Arena szczurów"