Advertisement
Strona główna arrow Recenzje i wywiady arrow Czas Herkulesów, Marcin Wroński:recenzja
Czas Herkulesów, Marcin Wroński:recenzja
piątek, 14 kwietnia 2017

„Jedzie do nas rewizor!”

Czytałam niedawno „Miasto Archipelag” Filipa Springera. W jednym z rozdziałów autor wspomina historię pewnej budowy:

Cała sprawa zaczęła się w 1925 roku, gdy władze odrodzonej Rzeczpospolitej wpadły na pomysł, aby przenieść Dyrekcję Kolei Państwowych znajdującą się w Radomiu nieco bardziej na wschód. Chodziło o lepszą obsługę wschodnich rubieży kraju, a urzędująca w centralnej dzielnicy dyrekcja nie spełniała tej funkcji. Nie mniej istotna była chęć deglomeracji i wzmocnienia słabszych miast. To właśnie dlatego zdecydowano się na mały, niepozorny Chełm.

W ciągu kilku lat, mimo protestów niezadowolonych ze zmiany radomian, miał tu powstać nie tylko nowoczesny biurowiec dla pracowników kolejowej dyrekcji, ale też nie mniej nowoczesne osiedle mieszkaniowe – cała w pełni funkcjonalna dzielnica.

[…]

Według planów architektów osiedle, wzorowane na koncepcji miasta ogrodu Ebenezera Howarda, miało mieć kształt orła. W miejscu korpusu stanąć miał właśnie budynek biurowy dla 740 pracowników kolei oraz dom mieszkalny dla prezesa (siedem pokoi i kuchnia). Dalej od korpusu, na skrzydłach, zaplanowano 33 domy bliźniacze dla wyższych urzędników i 152 domy wielorodzinne dla pozostałych pracowników.

[…]

Termin ukończenia całej budowy zaplanowano bardzo ambitnie na rok 1930. Jednak już po kilkunastu miesiącach od rozpoczęcia prac, zimą na przełomie 1928 i 1929 roku, pojawiły się pierwsze problemy. Pod świeżo wzniesione mury dostała się woda, która zamarzając, zaczęła je rozsadzać. Przeciwnicy budowy, dowiedziawszy się o tym kłopocie, zaczęli sabotować całą inwestycję. Wkrótce potem w Polskę uderzył Wielki Kryzys, roboty stanęły, z placu budowy zeszli robotnicy. W 1933 roku z Chełma wyjechał już nawet kierownik całej budowy Mikołaj Leszczyna-Głybowski.

Prace nad osiedlem, po wielokrotnych apelach władz i mieszkańców Chełma, wznowiono dopiero w 1938 roku; pierwszą część osiedla (jedno skrzydło planowanego orła) oddano do użytku rok później. Decyzję o przeprowadzce Dyrekcji Kolei Państwowych z Radomia podjęto latem 1939 roku. Jej ostateczną datę wyznaczono na 1 września. Łatwo się domyślić, że nigdy nie doszła do skutku*.

ImageTen cytat doskonale kreśli tło powieści Marcina Wrońskiego „Czas Herkulesów”. Mamy bowiem rok 1938 i trwają właśnie wzmożone prace nad budową osiedla, które ma się stać dumą Chełma, a miasteczko przemienić z prowincjonalnego w nieco bardziej „światowe”. Dodać trzeba przy tym, że Żydzi tuż przed wojną stanowią tu niemal połowę mieszkańców, co, rzecz jasna, mocno wpływa na stosunki wśród mieszkańców.

Do takiego Chełma przyjeżdża komisarz Zygmunt Maciejewski. Jest oficerem inspekcyjnym i ma przeprowadzić rutynową kontrolę pracy małomiasteczkowej policji. Traf jednak chce, że akurat w czasie jego wizyty dochodzi do zabójstwa młodego zapaśnika. Zyga więc angażuje się w sprawę, nie ukrywając, że nudzi mu się w „maleńkim Chełmie”. Ale nade wszystko chce sobie udowodnić, że nie ugrzązł w papierach i nadal potrafi robić śledztwa. A że przy okazji może trochę pognębić swojego dawnego, nielubianego przełożonego, który aktualnie jest chełmskim komisarzem? Sama radość. Szybko okazuje się też, że Maciejewski musi zmierzyć się z pamięcią o swoich dawnych idolach – zapaśnikach. Kilku z nich osiadło bowiem w Chełmie. Na ile ich obraz zapamiętany przez Zygę jest prawdziwy, a na ile to tylko dziecięce wyobrażenia i idealizowanie?

Komisarz zauważa, że oficer inspekcyjny to nic innego, jak kolejne wcielenie carskiego rewizora. I tak też jest traktowany: przecież jak ktoś bez skrępowania wrzeszczy, obsobacza lub grozi, to prawdopodobnie ma prawo. Jak u Gogola, rewizor jest symbolem władzy i budzi strach i niechętny szacunek. I tylko sam Maciejewski wie, jak bardzo mu w tej roli niewygodnie. On chce po prostu przeprowadzić śledztwo, które go zainteresowało. Bo Zyga, niestety, ilekroć usiadł na dupie, czuł iście powieściowy bezmiar porażki. I tak jak mieszkańcy Chełma mają wobec komisarza ambiwalentne uczucia, tak mam i ja. Tyle że u mnie nie oscylują między strachem i szacunkiem, a między niechęcią i sympatią. Nie da się ukryć, że tego bohatera trudno lubić: bywa nieprzyjemny, wulgarny, brutalny. Ale nie sposób odmówić mu szczerości i inteligencji, zaś jego dążenie do prawdy budzi podziw. A trafność obserwacji niejednokrotnie wywołała uśmiech na mojej twarzy (Otępienie umysłowe […] bywa objawem niedożywienia. A nadwrażliwość ideowa […] objawem niedopicia).

Bywa w „Czasie Herkulesów” wulgarnie i rubasznie, bywa banalnie – jak to w życiu, tym bardziej w opisywanych przez Wrońskiego czasach. Jest to dla mnie tym bardziej wyraźne w zderzeniu z czytaną niedawną „Zgubną trucizną” Katarzyny Kwiatkowskiej. U Kwiatkowskiej nie przeklina nikt, u Wrońskiego bluzgi ścielą się gęsto, u Kwiatkowskiej mamy salony, piękne suknie i bogactwo, u Wrońskiego – brud, smród i „pederastów”. Nie świadczy to na korzyść czy niekorzyść którejkolwiek z tych powieści – reprezentują po prostu skrajne odmiany nurtu retro. Kwiatkowska oprowadza czytelnika po salonach początku XX wieku, Wroński nurza go w przedwojennej małomiasteczkowej rzeczywistości niczym w błocie na placu budowy. Nie jest to oczywiście przyjemna rzeczywistość, ale przy okazji dowiadujemy się mnóstwa ciekawostek (choćby tego, że w roku 1938 donosy Polaków na Żydów i Żydów na Polaków to chleb codzienny, a policjant musiał dostać od szefostwa pozwolenie na małżeństwo). Niektórzy wieszczą wówczas nadejście „dobrej zmiany”. Wszyscy wiemy, jaką zmianę przyniósł rok 1939…

Jednak nie intrygujący bohater ani nawet opisy utraconego świata są tym, co w powieściach Wrońskiego cenię najbardziej. Uwielbiam swobodę, z jaką pisarz traktuje materię języka (stąd zresztą tak dużo w tej recenzji cytatów). Nie chodzi mi tylko o fakt, że przybliża czytelnikom chełmski socjolekt lat trzydziestych w taki sposób, że nie mamy problemów ze zrozumieniem czytanego tekstu. Doceniam też plastyczne opisy, angażujące wszystkie zmysły czytelnika. Dzięki temu bez trudu możemy sobie wyobrazić siebie na miejscu Maciejewskiego (Z otaczających drewnianych domów z miejsca buchnęło zapachem duszonej cebuli z podrobami i Ordonką śpiewającą z patefonu). Czasami autor puszcza oko do czytelnika, zderzając poetyckie wręcz obrazy z surową prozą życia (Orzeł na obelisku zachowywał się przyzwoicie, natomiast przysiadające mu pod skrzydłami wróble srały co chwila. […] Maciejewski, z dwoma żywcami niczym kolty, odszedł Lubelską w stronę zachodzącego słońca). I ten humor! Chwilami może nieco zbyt rubaszny, ale często cudownie zgryźliwy, jak sam Maciejewski zresztą (Żydy […] poznikali w bramach. Tylko stary dozorca przy kościele Rozesłania Świętych Apostołów zachował się po chrześcijańsku. Wystawił łeb nad parkanem […] I czegój drzesz mordę, chachłaku?; Lubię chodzić do prosektorium z pełnym żołądkiem, przynajmniej jest czym rzygać).

Kryminał retro jest nieślubnym synem powieści historycznej – pisze w podziękowaniach do powieści Marcin Wroński. Jak uczy historia, opowieści o bękartach niejednokrotnie są ciekawsze niż o prawowitych dziedzicach. Nie inaczej jest w tym przypadku. Ostatnia powieść z komisarzem Zygmuntem Maciejewskim jest zdecydowanie warta uwagi. A na koniec wspomnę o niespodziance, którą autor przygotował dla fanów Andrzeja Pilipiuka: w „Czasie Herkulesów” pojawia się Wędrowycz!

* F. Springer, Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast, Kraków 2016.

 

Ewa Dąbrowska


Czas Herkulesów

Marcin Wroński
Wydawnictwo W.A.B.
Warszawa 2017

 

WYWIAD Z AUTOREM

RECENZJE INNYCH POWIEŚCI CYKLU:

Image Image Image