Advertisement
Strona główna arrow Recenzje i wywiady arrow Salomon Creed, Simon Toyne: recenzja
Salomon Creed, Simon Toyne: recenzja
piątek, 04 sierpnia 2017

Czarne i białe

Rozbity samolot, małe miasteczko, tajemnice i człowiek, który stracił pamięć. Opis tej powieści brzmiał, jakby ktoś zainspirował się przygodami Bourne’a (co wraz z rozwojem akcji stawało się coraz bardziej widoczne, ale nie uprzedzajmy faktów), podlał nieco charakterystycznymi dla Stephena Kinga motywami, wziął coś z Koontza i chciał zrobić z tego hit idealny do przeniesienia na kinowe ekrany. Mimo wszystko było w nim coś na tyle pociągającego, że dałem się skusić lekturze i szczerze powiedziawszy: nie żałuję. Bo chociaż po pierwszych stronach „Salomon Creed” nie kupił mojego serca, dalsze rozdziały przekonały już, że mam do czynienia z naprawdę dobrą i wcale nie wtórną opowieścią sensacyjną.

ImageWszystko zaczyna się od katastrofy lotniczej. Pewien mężczyzna odzyskuje świadomość na pustyni w Arizonie, nie wie co tu robi, nie ma pojęcia, skąd się wziął… Za nim znajduje się wrak rozbitego samolotu, przed nim… Mężczyzna przekonuje się, że stracił pamięć i jedyne, co kołacze się w jego głowie, to fakt, że ma do wykonania coś bardzo ważnego, a rzecz ta związana jest z niejakim Jamesem Coronado. Co to jednak może być? Pytania i wątpliwości to jedyne, co ma w tej chwili. Wkrótce jednak się to zmieni. Wypadek zwraca uwagę służb z pobliskiego miasteczka Odkupienie, a ich konfrontacja z tajemniczym człowiekiem doprowadza do odkrycia, że potrafi on walczyć, ma wiedzę, której nie powstydziłby się niejeden wojskowy czy agent, a także posiada książkę o historii Odkupienia, którą otrzymał najwyraźniej od Coronado, tutejszego szeryfa, oraz krzyż będący repliką tego, jaki można znaleźć w lokalnym kościele. Wszystko wskazuje też na to, że przybysz nazywa się Salomon Creed i zjawił się tu, żeby ocalić szeryfa. Niestety Coronado właśnie został pochowany, a jego śmierć powiązana była z czymś, co odkrył. Creed, mimo amnezji, nie zamierza porzucić swojej misji. Czego się dowie? Co spotka go o Odkupieniu? I kim są tajemniczy ludzie, którzy wyczekiwali jego przybycia?

Nie ma co tego ukrywać: „Salomon Creed” nie grzeszy oryginalnością. Już sam pomysł, co wspomniałem zresztą na wstępie, to nic innego, jak kolejna wariacja na temat doskonale znany z trylogii o Bournie Roberta Lulduma. W obu dziełach główny bohater w wyniku wypadku (nazwijmy to tak dla uproszczenia) traci pamięć, ale potrafi walczyć i posiada wiedzę nieosiągalną dla przeciętnego Kowalskiego. Jego przeszłość nie pozwala mu jednak zapomnieć o sobie i popycha do pewnej krucjaty. Zdobywa sojuszników, upominają się o niego wrogowie… Długo można by wymieniać. Całość akcji na dodatek została osadzona w typowym amerykańskim miasteczku, co z miejsca przywołuje skojarzenia z utworami Stephena Kinga, który ukochał sobie właśnie takie lokalizacje. A to tylko te najbardziej rzucające się w oczy elementy zaczerpnięte z innych dzieł.

Ale spokojnie, nie należy tego poczytywać „Salomonowi Creedowi” in minus. Owszem, na świeżość nie macie tutaj co liczyć, ale powieść to naprawdę kawał dobrej rozrywki, którą czyta się lekko i z wielka przyjemnością. Simon Toyne bierze doskonale znane motywy i przedstawia je po swojemu. Creed nie jest taki zimny jak Bourne, miejsce akcji wydaje się bardziej swojskie niż międzynarodowe scenerie znane z twórczości Ludluma, a chociaż autor jest Anglikiem, znakomicie oddał amerykański klimat. Do tego dochodzi też nienudzący i lekki w odbiorze styl powieści i dobre poprowadzenie akcji. I chociaż całość jest nieskomplikowana, powiedziałbym wręcz, że czarno-biała (i nie chodzi mi bynajmniej o to, że Salomon jest albinosem, a w jego pamięci pełno jest czarnych plam, a o podział bohaterów), to naprawdę znakomita lektura dla miłośników THRILLERów i sensacji, a zarazem początek intrygującej serii.

Michał Lipka


Salomon Creed

Simon Toyne
Przekład: Izabela Matuszewska
Wydawnictwo Albatros
Warszawa 2017